7 stycznia 2013

Świadectwo

Grafika: Anna Tworek

Autor: Maciej Pawłowski

Relacja z dnia 16.09.2012

Hej ludzie. Wczoraj (15/09/2012) byłem na pielgrzymce w Skrzatuszu. Uznałem, że to wydarzenie jest warte opisania. Nie tylko ze względu na rangę imprezy, ale również pod względem aspektów duchowych, które to Spotkanie Młodych niesie ze sobą. Od razu ostrzegam wszystkich potencjalnych satanistów, tekst będzie zawierał słowo "Bóg", zapewne w dużych ilościach. Za nim jednak przejdziemy do samego opisywania pielgrzymki skupimy się na mnie, to nieco ułatwi mi opisanie późniejszych refleksji.

To była moja trzecia pielgrzymka. Już od ostatniej klasy gimnazjum co rok uczęszczałem do Skrzatusza. Pierwsze podejście było z ciekawości, do kościoła chodzę, to i na pielgrzymkę mogę pójść, prawda? Tak więc podróż number one była dla mnie czysto rekreacyjna. Po przejściu blisko 30 kilometrowej drogi dotarłem wraz z resztą uczestników na miejsce. Obok miejscowego kościoła ustawiony był wielki namiot (będący w stanie pomieścić około dwóch tysięcy ludzi), porozstawiane były stoiska, w których to można było pogłębić tajemnice wiary. Ja byłem ze znajomymi, więc rozłożyliśmy się na kocu za namiotem, w zasadzie mieliśmy gdzieś te całe rekolekcje, to całe "nawracanie się". Pogadaliśmy, pośmialiśmy się, na końcu tylko wzięliśmy udział w Eucharystii. Zwieńczeniem imprezy był koncert, wrażenia miałem więc pozytywne. Tylko tak jakoś przeszedłem obok Boga...No ale dobrze się bawiłem, więc czemu by nie wrócić za rok, no nie?

Wyruszyłem z nieco inną ekipą, w liceum poznałem nowych ludzi, postanowiliśmy do Skrzatusza wybrać się razem. Jednak tym razem skupiłem się nie tyle na rozmawianiu ze znajomymi, co poznawaniu nowych ludzi. Nieraz spotkało się animatora chcącego przekazać Ci, że Bóg Cię kocha. Fajnie, ja go też. Po kilku godzinach spędzonych na radosnym hasaniu po mieście, wcinaniu hamburgerów, gadaniu z nowo spotkanymi ludźmi, wspólnie z resztą udałem się do namiotu posłuchać tego, co biskup Edward Dajczak ma nam do powiedzenia. A miał dużo, i gadał z sensem, i słuchałem go nie mogąc przestać. Coś tam mi w serduchu drgnęło. Czy doświadczyłem wtedy kontaktu z Bogiem? I tak, i nie. Na dobrą sprawę wiara, czyli chodzenie do kościoła, słuchanie kazań, modlenie się było mi nieco obojętne. Nie przeszkadzało mi, więc to akceptowałem. W sumie to czasami sam chciałem szukać kontaktu z Bogiem. Ale tylko czasami. Tak więc o ile słowa biskupa wywarły na mnie wrażenie, to nie przyniosło to jakiegoś większego efektu. W sumie nic w moim życiu się nie zmieniło. A potem była Eucharystia i koncert, pielgrzymka numer dwa na plus. Za rok też pójdę.

Tyle że przez ten rok dużo się zmieniło...



Przede wszystkim nieco osłabła mi wiara. Nie miałem już spotkań do bierzmowania, jakoś tak wyszło, że zacząłem przechodzić obok Boga. Oczywiście dalej chodziłem do kościoła i się modliłem, ale zaczynałem wątpić w sens tego wszystkiego. Zaczęły mnie interesować inne wiary. Ja w zasadzie wierzyłem w Boga, ale tylko z logiki (świat musi mieć Stwórcę), a może przez to, że od dziecka wpajano mi kim jest Jezus i bycie wierzącym to mój obowiązek? Ale mi to nie wystarczało, w szkole, na ulicy, gdziekolwiek - nie widziałem Boga. Teraz myślę, że nawet go nie szukałem, ale to wystarczyło bym miał jeszcze większe wątpliwości. Zaczęły się moje problemy w życiu prywatnym, zaczął się bardzo ciemny epizod mojego życia. Epizod, który ukrywałem przed resztą społeczeństwa. Kim innym byłem w swojej samotni, a kim innym przy znajomych. Ukrywałem to, kim się staję. Można by powiedzieć, że wypiąłem się na świat, choć ten nigdy nie wypiął się na mnie. Od społeczeństwa nie da się definitywnie oderwać, zważywszy na to, że rzucenie szkoły nie wchodziło w grę. Pewnego dnia natknąłem się na bardzo ciekawy film. Zielonoświątkowcy urządzali jedno ze swych spotkań. Gdy zobaczyłem ludzi, którzy okazują to w co wierzą, zapragnąłem do nich dołączyć. Nie, zaraz, nie zapragnąłem - zacząłem poważnie się nad tym zastanawiać. Podczas jednego wieczora zwierzyłem się mojej kochanej rodzicielce z tego, że ja już nie widzę sensu tej całej "wiary", z tego, że nie czuję o co w tym wszystkim chodzi. Dała mi modlitwę do Ducha Świętego (Jan Paweł II odmawiał ją codziennie), ja nie byłem w stanie się nią modlić. Widzicie, dla mnie jej słowa były nie do przyjęcia. Tak więc wylądowała ona w szufladzie. Postanowiłem już nigdy nie dzielić się swoimi przemyśleniami na temat wiary z innymi.

I w sumie nie wiem dlaczego poszedłem do Skrzatusza w tym roku. Myślę, że dla zabawy. A może to tekst koleżanki, która opisała swój pobyt na rekolekcjach tak na mnie wpłynął? Pewnie i jedno i drugie. W każdym bądź razie wyruszyłem w swą trzecią podróż do Skrzatusza. Tym razem postawiłem sobie jeden cel - spróbować odnaleźć to "coś", co pokaże mi sens mówienia z dumą "Jestem chrześcijaninem!", kurde, znalazłem. W namiocie spędziłem sporo czasu (choć pograłem też trochę w siatkę, pochodziłem po okolicy), w końcu słuchałem tego, co inni mieli do powiedzenia. I było warto. Wysłuchałem świadectw trojga ludzi, każdy mówił o tym, jak wielka jest miłość Boża. Po raz kolejny mogłem usłyszeć słowa biskupa Edwarda Dajczaka, tym razem jednak coś we mnie drgnęło. Gdy mówił o Maryi, o Bogu, o Jezusie, o miłości do drugiego człowieka, to poczułem, że...że muszę się wyspowiadać. Udałem się więc do kościoła, podszedłem do wolnego konfesjonału i się zaczęło...

Powiedziałem wszystko. WSZYSTKO. To co wielokrotnie zatajałem z powodu wstydu, a może i braku należytej powagi co do sakramentu spowiedzi sprawiło, że się załamałem. Po prostu pękłem. Zacząłem ryczeć, nie ze smutku, z ulgi. Ja w końcu oczyściłem swoje sumienie z tego brudu, który tyle czasu gromadził się w mym sercu. Odbyłem rozmowę z księdzem, każde jego słowo trafiało prosto do mojego serca. W końcu dostrzegłem jaki jestem słaby, jak płytki, jak powierzchowny. Dopuściłem do swej świadomości myśli, których unikałem jak ognia. I nagle poczułem, że to czego szukałem było tak naprawdę ciągle wokół mnie. Jednak ja byłem ślepcem nie będącym w stanie tego zauważyć. Gdy odchodziłem od konfesjonału poczułem, że jestem wolny. Natychmiast po opuszczeniu murów kościoła udałem się do namiotu, gdzie była już reszta moich znajomych. Uklęknąłem, rozpocząłem modlitwę - moją pokutę. Jeszcze chwilę po skończeniu ostatniej modlitwy pozostałem w pozycji klęczącej, musiałem zebrać rozlatane myśli. Spróbowałem wstać, nie mogłem. Z policzka zaczęły skapywać łzy, łzy, które miały mnie wyzwolić. Pojawiły się przy mnie dwie koleżanki, co ciekawe - często gdy upadam są przy mnie osoby, które pozwalają mnie się podnieść, dziękuję.

Gdy nieco ochłonąłem dostrzegłem z daleka przyjaciółkę, której zawdzięczam to, że w ogóle w Skrzatuszu się pojawiłem (tam u góry tekstu gdzieś o tym napomknąłem). Poczułem, że muszę z nią porozmawiać. Takie działanie impulsywne, czasem człowiek po prostu czuje, że MUSI coś zrobić i to robi. Tak więc podszedłem do niej, rozmowa rozpoczęta. Niczego co miałoby wartość dla czytelnika tego tekstu nie powiedziałem, tak więc dialogu przytaczać nie będę ,dla was jest on nieistotny, ale dla mnie był. Wcześniej nie widziałem szansy na odnalezienie Boga. Wtedy ujrzałem go w drugim człowieku. Dostrzegłem możliwość stania się lepszym człowiekiem.

Fot. Piotr Mrugała

[Ciach! dnia 16/09/2012 przestałem pisać ten tekst. Zastanawiałem się, czy warto go publikować. Czy jest on w ogóle wart dokańczania. Poczułem potrzebę ukończenia felietonu, więc teraz będziecie mogli przeczytać to, co dopisałem "na chłodno". Dobrze, już nie przerywam.]

I to chyba właśnie było to. Każda religia musi mieć wyznawców, prawda? W Skrzatuszu dostrzegłem, że jest wielu wierzących chrześcijan. Są ludzie, którzy nie wstydzą się swojej wiary. Z perspektywy czasu żałuję, że potrzebowałem aż trzech lat, aby to zauważyć. Widzicie, w tym roku zwieńczeniem pielgrzymki była msza - już bez koncertu na pożegnanie. Wszyscy uczestnicy otrzymali różaniec. Ja swój owinąłem dookoła mojej dłoni, krzyżyk nieustannie trzymając w zaciśniętej pięści.

Byłem ze znajomymi, no nie? Chłopcy i dziewczyny, których znam od dawna. O każdym bym mógł sporo wam opowiedzieć. Ale szkoda na to czasu (choć to niezwykle interesujące osoby, przecież nie zadawałbym się z byle kim), ważne jest to, że każdy z nich nagle wydał mi się inny. Rzekłbym, że wręcz idealny. W każdym bowiem jest Bóg, którego zacząłem dostrzegać. Tego dnia chyba wszyscy czuliśmy Jego obecność. Jedni wznosili ręce ku niebu, inni zakrywali swe twarze w dłoniach, na wszystkich twarzach było widać skupienie. Myślę jednak, że to nie tylko skupienie, dziś nazwałbym to wręcz ufnością.

Od tego wydarzenia minął miesiąc. Powiem wam szczerze, że wiele razy w tym czasie zgrzeszyłem. W ten, czy inny sposób. Staram się jednak nie zapominać o Bogu. Nadal modlę się na różańcu, który otrzymałem. Mam stałe intencje, modlę się za moich przyjaciół, którzy mi towarzyszyli, za koleżankę, w której dostrzegłem nadzieję na lepsze jutro dla mnie, za biskupa Edwarda, który dał mi przykład prawdziwej wiary. Zapytacie się dlaczego to opisuję. Nie wiem, naprawdę nie wiem. Czuję jednak, że muszę się podzielić z wami moim przeżyciem. Wiem, że zapewne ten tekst spotka się również z krytyką, może nawet tylko i wyłącznie z nią. Jednak pragnę uwypuklić dwie rzeczy: Po pierwsze, nie staram się nikogo nawrócić. Po drugie, chcę po prostu pokazać, że Boga można spotkać nawet go nie szukając. I bardzo dobrze, dzięki temu go znalazłem.

5 komentarze:

Ela Stanek pisze...

Dzięki za świadectwo :)
Myślę, że to ważne i potrzebne, by umieć się podzielić doświadczeniem wiary,trzymaj tak dalej, pozdrawiam :)
Ela

Anonimowy pisze...

Przy okazji przeczytania tegoż wpisu, chciałabym wyrazić podziw i pogratulować odwagi w tworzeniu takiego przedsięwzięcia. Dobrze, że są ludzie, którzy nie wstydzą się tego, co czują, przeżywają i sądzą na dane tematy. Czytając te teksty naprawdę można wiele dostrzec, a przynajmniej uzyskać motywację do zmiany czegoś, gdzieś głęboko w sobie. Szacun! i życzę oczywiście, aby tak dalej!!!

Paweł Szala pisze...

Ja przede wszystkim chciałem podziękować Maćkowi za ten tekst i Wam drodzy czytelnicy! Wasze komentarze, zainteresowanie, odwiedzanie nas, wysyłanie linków znajomym jest dla nas takim samym właśnie ważnym świadectwem. Każde miłe słowo jest motywacją do działania.

A my obiecujemy trwać przy swoim i Was o to prosimy!

DoxtraduS pisze...

@Ela

Dzięki wielkie, stres przed publikacją tego tekstu miałem ogromny. Może i niepotrzebnie, ale o tym potem. ;)

@Anonim

Rad jestem z tego, że dostrzegłaś dla siebie pewne wartości w moim tekście. Napisałaś, iż "Dobrze, że są ludzie, którzy nie wstydzą się tego, co czują", ale wiesz co? Ja chyba trochę się wstydziłem. Nie samego mówienia o Bogu, po prostu mocno się uzewnętrzniłem. Stwierdziłem jednak, że ten tekst może komuś się przydać, więc...dlaczego nie?


Ten tekst powstał kilka miesięcy temu. Szczerze mówiąc bałem się jego publikacji. Podczas pisania czułem, że muszę utrwalić na papierze to, co dotarło do mnie tamtego dnia. I od kilku dni tak sobie myślałem, czy ja dalej mam prawo podpisywać się pod tym tekstem. Dalej grzeszę, dalej jestem niegodny miłości Bożej. Ale czy kiedykolwiek to się zmieni? Nie, ponieważ nie ma człowieka idealnego. Nie oznacza to jednak, że wiara niczego nam nie daje. Każdego dnia możemy stawać się lepsi, bardziej wartościowi dla innych i samych siebie. Wystarczy chcieć i zaufać temu na górze. ;)

Paweł ma rację, świadectwo może dawać każdy z nas. Mój tekst to tylko jeden ze sposobów na jego pokazanie. Moim zdaniem ważniejsze jest jednak nasze codzienne postępowanie, dążenie do bycia lepszymi.

Jeśli ktoś ma jakieś pytania, krytykę - śmiało. : )

Damian Matyniak pisze...

W sumie. Skrzatusz pamiętam jako strasznie powierzchowną imprezę z masą frazesów i pustych rad "jak żyć". Może źle trafiłem, po prostu, choć wtedy byłem naiwny jeśli chodzi o wiarę, nie dałem rady przetrawić...więc efekt naprawdę zły. Sam tekst wielce ekspresyjny, plus za odwagę, wątpię czy powiedziałbym publicznie o tak osobistych wspomnieniach.
Sam opis sprawia wrażenie niemal objawienia, niemniej według mnie wiarygodny, nieprzesadzony.
Osobiste odczucia przy czytaniu? Skrajności. Z jednej strony odraza dla samej imprezy skrzatuskiej (wspomnienia), z drugiej czuję się silniej związany z Chrześcijaństwem, mimo tak wielu rozbieżnych postaw.
Kolejna kwestia, która zwróciła moją uwagę-dzięki opisie zarówno niepokornych dni jak i tych "światłych" nie ma zbytniego przesłodzenia.

Prześlij komentarz