14 stycznia 2012

Wojenko, wojenko, nasza ukochana…

Zapraszam do mojego nowego  ,,cyklu wojennego” na tym blogu, w którym postaram się Wam pokazać, że świat, w którym żyjecie, nie jest taki stabilny i bezpieczny jak się wam wydaje. Gotowi? No to jedziemy!



Zamiast wstępu, czyli głupi Polak po szkodzie

Wojenko wojenko, cóżeś ty za pani,
że w ciebie nie wierzą, że w ciebie nie wierzą,
Polacy głupawi...

Autor: Super_SoldierPL 

Jakiś czas temu minister Jacek Rostowski (lub, jak ja go nazywam, Ryjek – nie wiem dlaczego, ale gdy go słucham przychodzi mi na myśl tenże bohater  ,,Doliny Muminków”) omawiając kwestie kryzysu w UE i możliwego jej rozpadu w najbliższym czasie (który to wiele osób wciąż uważa za coś kompletnie nierealnego i niemożliwego), ośmielił się wyrazić opinię, iż doprowadzi on do wojny w europie w przeciągu najbliższych 15 lat, dlatego trzeba zrobić wszystko, co możliwe, by UE i strefę euro ratować i nie pozwolić im upaść. Wkrótce po tejże wypowiedzi zaczęła się burza. Posłowie różnych frakcji politycznych przeciwnych PO zaczęli ciskać gromy w ministra. Jednak nie z powodu głoszenia idei walki naszym kosztem za strefę euro i UE. Powodem, dla którego Pan minister znalazł się w ogniu krytyki, były wspomniane słowa o wojnie. Usłyszeliśmy wtedy, że Jacek Rostowski ,,straszy polaków wojną”, a także sugestie iż ma on problemy z odróżnianiem fikcji od rzeczywistości i żyje w innym, odrealnionym świecie. Sami posłowie Platformy dystansowali się do ,,wojennej” wypowiedzi swojego kolegi.

Ogrom polityków, publicystów, dziennikarzy i społeczeństwa uznał za oburzającą i chorą sugestię, by w naszej stabilnej, zdominowanej przez NATO Europie w ciągu najbliższych 15 lat mogła wybuchnąć jakaś wojna. Toż to słowa szaleńca! Wojna?! U nas?! Nie w jakimś Iranie, Iraku czy innym Tadżykistanie, tylko w cywilizowanej miłującej pokój Europie? Za 15 lat? Nonsens! Panie Rostowski, niech się pan puknie w łeb!
 

Muszę przyznać, że mocno zdziwiła mnie skala krytyki jakiej za to stwierdzenie został poddany minister finansów w rządzie "Platformers-ów", nie mogę jednak powiedzieć, bym był zaskoczony samym jej pojawieniem się.

W przeciwieństwie do większości wyborców, lubię wiedzieć na kogo głosuję. Studiuję poglądy i wypowiedzi polityków, także te sprzed wielu lat (ciekawych rzeczy można się dowiedzieć czytając np. wywiad z Markiem Jurkiem z początku lat 90-tych). Analizuję także programy wyborcze. Robiłem to np. przed niedawnymi wyborami parlamentarnymi. Przeanalizowałem wówczas programy partii, na które wstępnie chciałem głosować – Ruch Palikota, PPP, PJN, KNP, UPR i Prawica RP (startujące razem jako KWP), a także, z ciekawości - SdPL.
Zauważyłem wtedy, że ze wszystkich wymienionych partii, jedynie 2 – Ruch Palikota i UPR, poruszają w programach kwestię Sił Zbrojnych Rzeczypospolitej Polskiej – oba w zaledwie jednym punkcie: Ruch Palikota – postulując zmniejszenie o połowę budżetu armii (wymaga zmiany konstytucji), zaś UPR – ogólnikowo wspominając iż uważają Siły Zbrojne za ważny element państwa i podstawowy środek obrony jego suwerenności.

Dokładając do powyższego podejście SLD, PiS i PO w okresach swoich rządów do Polskiej Armii, można stwierdzić, iż obecnie żadna z liczących się partii politycznych nie traktuje jej jako coś naprawdę istotnego, ot balast w budżecie, potrzebny jedynie do pokazowych misji pokojowych. Co prawda Janusz Palikot niedawno wyskoczył z całkiem interesującą propozycją zrobienia z Armią porządku poprzez komisję śledczą, aczkolwiek myślę, iż nie kieruje się on przesłankami patriotyczno-obronnościowymi, a jedynie chęcią znalezienia oszczędności.

Powyższe oraz wspomniana reakcja na słowa ministra Rostowskiego pokazały dobitnie, że Polacy są przekonani, iż żyjemy w czasach może niekoniecznie stabilnych i przewidywalnych, ale z pewnością pokojowych, gdzie najbardziej do wojny zbliżonym zagrożeniem jest terroryzm i nic ponad niego. Niektórzy zapewne uważają zombi-apokalipsę za bardziej prawdopodobną niż normalną wojnę.
Co ciekawe, nawet moja własna babcia, która przeżyła II WŚ, stwierdziła, że na pewno żadna wojna w Europie nie nastąpi wcześniej jak za 100 lat.

Gdy to usłyszałem, zadałem jej jedno pytanie: Czy nie to samo mówili wszyscy w 1932 czy 33 roku? Babcia przytaknęła i zaczęła się nad czymś zastanawiać…

Widzicie, gdyby ktoś z was przeniósł się w czasie do roku 1932 i wygłosił obawy, iż w przeciągu kilkunastu lat może wybuchnąć wojna, zostałby prawdopodobnie wyśmiany jak minister Rostowski. Zaś gdyby zaczął usilnie przekonywać że wybuchnie za zaledwie 7 lat, zostałby okrzyknięty wariatem. Wszak przecież nie ma w pobliżu Polskich żadnych silnych otwarcie wrogich państw –ZSRR jest stosunkowo słaby, targany głodem i kryzysem, stalinowski reżim boryka się ze zwalczaniem protestujących Ukraińców i kułaków. Bojówki Ukraińskich nacjonalistów nie stanowią zagrożenia dla naszego regularnego Korpusu Ochrony Pogranicza. Niemcy nie są wobec nas otwarcie wrogie, owszem, jest ten śmieszny facet, którzy wrzeszczy coś o ekspansji na wschód i złorzeczy na Żydów (podobnie jak większość z nas), ale kto by się nim przejmował – przecież nawet jeśli jakimś cudem wygra wybory, Niemcy mają duże problemy wewnętrzne, no a poza tym na skutek traktatów nie posiadają pełnokrwistej armii. Zresztą, w razie czego mamy przecież sojusz – Liga Narodów nie zostawi nas ot tak. No i armię mamy w skali regionu nie najgorszą. A tak w ogóle, to kto po I WŚ jeszcze ma ochotę bawić się w konflikt? Przecież minęło dopiero 14 lat, a na świecie szaleje wielki kryzys finansowy, nikogo na wielkie wojny nie stać…

4 lata później ludzie przyznaliby już, że wojna rzeczywiście się szykuje – ale wybuchnie najwcześniej w 1943 roku, a do tego czasu ruszy COP i reformy, raz-dwa nadrobimy stratę do Niemców – bo armia w skali regionu nagle zrobiła się taka sobie w stosunku do niemieckiej – i w razie czego wygramy. No i wciąż mamy Ligę Narodów.

7 lat – tyle wystarczyło by z pokojowej Europy, w której ogół społeczeństwa nie wyobrażał sobie jakiegokolwiek konfliktu w rejonie w kolejnym 20-leciu, zrobiło się ogarnięte wojenną zawieruchą pogorzelisko. 7 lat – nie 15 o jakich wspominał minister Rostowski.

Oczywiście rozumiem, nie można tego porównywać, to były zupełnie inne czasy.
Wszak obecnie nie ma przecież w pobliżu Polski żadnych silnych otwarcie wrogich państw – Federacja Rosyjska jest stosunkowo słaba, rządzący Putinowski reżim boryka się z kryzysem i zwalczaniem protestującej opozycji. Białoruś podobnie, z tym że tam kryzys jeszcze poważniejszy, reżim Łukaszenki także boryka się z opozycją. Ukraińscy nacjonaliści, nawet gdyby coś im strzeliło do głowy, nie stanowią żadnego zagrożenia dla nas i naszej regularnej armii. Sama Ukraina nie jest wobec nas otwarcie wroga – owszem, jest ten śmieszny facet, który wrzeszczy coś o odebraniu Polakom Ukraińskiego Krakowa i ekspansji na zachód, a także ogólnie złorzeczy na Polaków i Rosjan, ale kto by się nim przejmował – nawet gdyby jakimś cudem wygrał wybory, Ukraina ma duże problemy wewnętrzne, armię w rozsypce i bez dobrych perspektyw na przyszłość. Zresztą, w razie czego mamy przecież sojusz – NATO nie zostawi nas ot tak. No i armię mamy w skali regionu nie najgorszą. A tak w ogóle kto po zimnej wojnie jeszcze ma ochotę bawić się w konflikt? Przecież minęły dopiero 23 lata, a na świecie szaleje kryzys finansowy, nikogo na wielkie wojny nie stać…

,, Cieszy mię ten rym: Polak mądr po szkodzie:
 lecz jeśli prawda i z tego nas zbodzie,
 nową przypowieść Polak sobie kupi,
 że i przed szkodą, i po szkodzie głupi..”*

7 lat – pamiętajcie o tym, zanim po raz kolejny zaczniecie wychwalać naszą stabilną i pokojową europejską rzeczywistość…


* Jan Kochanowski, ,,Pieśni”

5 komentarze:

ermak pisze...

Jak byś podał link do wywiadu z Jurkiem to będę wdzięczny.
Partie nie za bardzo mogą wspominać w programach o zwiększaniu wydatków na armię, właśnie dlatego że panuje przekonanie o "Miłości europejskiej", więc opowiadania się "za armią" może spowodować tylko spadek notowań. Tak że partie (oczywiście nie wszystkie) odcinają się od tego pomysłu, nie dlatego że uważają armię za niepotrzebną, ale ze strachu przed gorszymi wynikami.

"Historia lubi się powtarzać" a jej wykres przypomina sinusoidę - kryzys - wojna - postęp/rozkwit - pokój - kryzys - ... przy każde wynika z poprzedniego.

Tekst baaardzo mi się podoba! GJ

Mr. Rostowski aka Mr. Burns
http://4.bp.blogspot.com/-j0VtRI3KQNk/TVSVk_6YaAI/AAAAAAAAADA/lB16zXXPVMo/s1600/mr-burns-picture.jpg

ermak pisze...

*przy czym

Super_SoldierPL pisze...

1. Nie jestem zwolennikiem zwiększania wydatków na armię w tej chwili - w pierwszej kolejności trzeba się raczej zająć służbą zdrowia i np. dofinansowaniem leczenia SM...
Nasza armia ma w tej chwili całkiem niezły budżet. Owszem, większy by się przydał - ale mając te nieszczęsne nieco ponad 2% PKB może wiele zdziałać.
Problem w tym, że po pierwsze armia pieniądze marnuje - znikają one praktycznie wszędzie. I pół biedy gdyby znikały w kieszeniach niektórych ludzi - problem w tym że one prawie dosłownie lądują w błocie (niektóre przykłady opisywałem wcześniej).

Druga kwestia to fakt, iż nawet mając to co ma - armia nie wykorzystuje swojego potencjału. Co z tego że mamy 32x MiG-29, skoro nie ma do nich rakiet średniego zasięgu - zostały jedynie bliskiego (coś jak żołnierz z pistoletem zamiast karabinu). Po co 48 F-16, skoro ich bazy prawie w ogóle nie są zabezpieczone przez atakiem dywersyjnym - 2-3 oddziałki dywersantów np. Specnazu z granatnikiem/moździerzem rozłożonych w polu obok bazy, i połowa naszych eF-ów idzie z dymem...takie przykłady można by mnożyć...
Przede wszystkim reforma i ogarnięcie bajzlu. Dopiero potem dofinansowanie.
Taki postulat chyba wyborców nie odstrasza?

2. Linka nie podam, gdyż wywiad posiadam w formie oryginalnej - ze stroną z gazety. Jeśli chcesz, mogę zeskanować/przepisać i podesłać Pawłowi.

Pozdrawiam
Super_SoldierPL

ermak pisze...

Byłbym bardzo wdzięczny.

ermak pisze...

Byłbym bardzo wdzięczny.

Prześlij komentarz