10 listopada 2011

Mamooo, jestem wart śmierci mych sióstr i braci?


Marek "ermak" Jasiura
Dzisiaj wracam do podstaw, elementarza spraw, które każdy powinien mieć w głowie uporządkowane i co nieco wiedzieć na ich temat. Do tej pory w serii tej poruszyłem tematy aborcji, eutanazji, homoseksualizmu i istoty Kościoła w średniowieczu. Przyszedł i czas na zapłodnienie in-vitro. Temat tym ważniejszy, że nasz ukochany wybawca Donald Tusk swego czasu obiecał (jak wiele innych rzeczy) dofinansowanie tej metody. Jest to jedna z tych obietnic, z których niespełnienia winniśmy się cieszyć. W końcu otrzymujemy upragnione chleb i igrzyska! Wyborcy PO i RPP jednak coraz częściej upominają się o realizację tego przyrzeczenia, dlatego teraz, w dość, wydaje mi się, jasny i przekonywujący sposób postaram się zripostować ich jedyny, błahy argument.


Zwolennicy tej metody mówią, że jest to dla ludzi dotkniętych - swoją drogą dość szeroko pojętą - niepłodnością dar, którego nie sposób nie przyjąć. Jest to chyba jedyne „za”, które różni ludzie ubierają w różne słowa. Trzeba przyznać rację, bo rzeczywiście jest to dar od współczesnej technologii. Jednakże dar, za który zarówno na odbiorcę, jak i na „dobroczyńcę” spada wielka odpowiedzialność i ewentualna wina za śmierć tysięcy/milionów ludzkich istnień, bo dla katolików i nie tylko, zarodek powstający po zapłodnieniu jest już człowiekiem.


Jaka jest skala zbrodni tego typu? „Liczba przeprowadzanych procedur in vitro u pojedynczej kobiety jest indywidualna. Przyjmuje się, że 3 do 6 zabiegów to liczba najbardziej odpowiednia...”*. Przyjmijmy więc 4 zarodki na jedną kobietę. W 2008 roku na świat dzięki tej metodzie przyszło 300 tys. dzieci. 300 tys. x 3 = 900 tys. martwych. Te 900 tys. jest niby zamrażanych itd., lecz finalnie i tak są niepotrzebne i... giną (może w międzyczasie jakiś "eksperymencik" się na nich dokona).Około połowa par, które zdecydowały się na tę technikę wspomaganego rozrodu, nie doczekuje się potomka.”* Czy warto jest poświęcić tyle istnień ludzkich, tylko dlatego, że osoby żyjące w związku chcą mieć syna/córkę? Mało jest nieszczęśliwców w domach dziecka? Mało jest tych najbardziej umiłowanych, którzy będą nam wdzięczni do końca życia za to, że wzięliśmy ich do siebie, dając ciepło rodzinne i prawdziwy dom? Żadnym wytłumaczeniem  jest „Chcemy mieć własne dziecko”, gdy kosztem tego nie jest wyłącznie opłata w wysokości 10 tysięcy złotych, ale także śmierć - mówiąc delikatnie - "embrionów".


Chcąc przekonać tych, dla których człowiek jest człowiekiem dopiero na którymś kolejnym etapie rozwoju, wypada się odnieść do szkód, które dotykają dzieci już narodzone, ale także ich rodziców. Zespół hiper-stymulacji jajników, torbiele jajnika, poronienie, wewnętrzne obumarcie płodu, łożysko przodujące, ciąża pozamaciczna, mózgowe porażenie dziecięce... Część z tych powikłań, chorób czy jak to inaczej nazwać, występuje także podczas naturalnych poczęć, ale przy in-vitro ryzyko zdecydowanie się zwiększa. Badania są prowadzone w krótkim terminie na niewielkich grupach kobiet/dzieci. Tymczasem wymagane są badania długoterminowe i na większą skale, aby faktycznie rozpoznać rzeczywisty zakres zagrożeń, które mogą zrodzić się (jakkolwiek brzmi to w tym kontekście) w czasie zabiegu "in-vitro". Poza tym wszystkim, co napisałem wyżej, występują jeszcze zaburzenia psychiczne: depresje, nadmierny stres itd. Bywa, że ludzie już po fakcie zaczynając rozumieć, co zrobili i obwiniają się (słusznie) za śmierć nienarodzonych. "Mądry Polak po szkodzie", bo tak samo według badań prowadzonych na niedoszłych samobójcach, którzy skoczyli z wieżowca/mostu/innej budowli w dół (i przeżyli), ponad 3/4 z nich w trakcie lotu chciało jeszcze zmienić swą decyzję.


Warto wspomnieć o naprotechnologiach, które w rzeczywisty sposób leczą niepłodność, szukając jej przyczyny i nie powodując przy tym niepotrzebnych ofiar. Ich skuteczność wynosi nawet do 70%, a polegają one często na rozmowie ze specjalistą, który doradzi, wesprze i pomoże nie biorąc za to opłaty w wysokości kilku(-nastu?) tysięcy złotych... O naprotechnologiach mówi się mało z prostej przyczyny – odebranie dochodu dzieciobójczym klinikom „trudzącymi” się zapładnianiem pozaustrojowym. Mały zarobek – mało danych, duży zarobek – dużo danych. Tak działa dzisiejszy system dezinformacji, system rządów dążących do zachodnioeuropejskich standardów. Pozostaje pytanie - czy te dążenia, a więc i zmiany, zawsze są zmianami na lepsze?


Pisząc ten tekst, korzystałem z zawartości mojej głowy (aż strach pomyśleć, co w niej jeszcze się znajduje) i ze względnie obiektywnego źródła, jakim jest Wikipedia. Cieszy mnie gdy dla porównania i sprawdzenia siebie otwieram stronę gdzie wypowiada się osoba duchowna, a moje zdanie na dany temat pokrywa się ze stanowiskiem Kościoła, do którego przynależę tak jak tutaj. Szczególnie zainteresował mnie ten fragment:

Zgodnie z prawem polskim, każde dziecko od chwili poczęcia powinno być chronione." Zapewnia to Konstytucja RP w art.30, 38 i 40, w powiązaniu z art. 2 ustawy o Rzeczniku Praw Dziecka, gdzie zapisano, że "dzieckiem jest każda istota ludzka od chwili poczęcia do osiągnięcia pełnoletniości". Procedura "in vitro", na różnych etapach jej stosowania, narusza trzy ww. artykuły Konstytucji Rzeczypospolitej Polskiej oraz art. 157a § 1 kodeksu karnego, w którym zapisano:  "Kto powoduje uszkodzenie ciała dziecka poczętego lub rozstrój zdrowia zagrażający jego życiu, podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do lat 2.”



* Wikipedia

1 komentarze:

Pasterz pisze...

"O naprotechnologiach mówi się mało z prostej przyczyny – odebranie dochodu dzieciobójczym klinikom „trudzącymi” się zapładnianiem pozaustrojowym." - proste?

Prześlij komentarz