19 czerwca 2011

"Trudno się to czyta (...), bo to prawda"

III RP nie jest mocarstwem niczym USA, Chiny, Rosja, ale nie jesteśmy też San Marino (z całym szacunkiem dla kraju, gdyż ich drużyna piłkarska jest konkurencyjna z naszą. Z drugiej strony nie ma się co załamywać, przed nami w rankingu FIFA zostały Dzieci z Bullerbyn, a potem to już z górki). Czyli panegiryk na cześć sytuacji Polski w Europie.

Polska jest w geograficznym centrum Europy. Niestety określenie "geograficznym" jest konieczne, jeśli popatrzymy na stan polskiej gospodarki. Rząd co chwila zapewnia nas, iż jesteśmy normatywnym państwem, wzorem do naśladowania dla innych krajów, bawiąc się w demagogię. Premier wraz ze swym sztabem przypomina nam przy okazji (ażeby nam to wśród jakichś smoleńsków, binladenów, eurów 2012-ów nie umknęło), że tak jak i powiadali faraonowie tysiące lat temu - "władza nie jest przywilejem, to bardzo ciężki obowiązek". Oczywista oczywistość. Dobrze przynajmniej, że raz na jakiś czas możemy pokazać się z Obamą w świetle fleszy, tudzież poprzytulać z Putinem. Polska polityka zagraniczna wraz z pozycją i wartością państwa dokonuje znacznej amelioracji. Ba! Zaistniał nawet projekt według którego dzieci polskie i niemieckie uczyć się będą z takiego samego podręcznika. Nie możemy już doczekać się tej prawdy historycznej, nie mam racji?

Niemcy i Rosja to jednak nie jedyne narody, które w czasie zeszłego stulecia patrzyły na Polskę "niezbyt" przychylnym okiem. Na skutek konfliktów terytorialnych przy naszej południowej granicy (dotyczących głównie Spiszu i Orawy) w XX. wieku także Słowacja stała się potencjalnym adwersarzem Polski. Słowacy pierwszego września 1939 r. o godzinie 5:00 przekroczyli granicę i na rozkaz Hitlera 3 dywizje rozpoczęły mord zaskoczonych Polaków. "Trudno się to czyta przede wszystkim dlatego, że to prawda"* - nie sposób nie zgodzić się z tym stwierdzeniem. Dzisiaj znacznie łatwiej przychodzi nam dyskutować o tym, co proste, nieskomplikowane, łatwe i przyjemne. Na przykład napływ Słowaków do Polski i robienie przez nich zakupów, bo u nas lepiej lub dysputy o zjednoczonych organizacjach, które zajmują się kwestiami Tatr.

Ogólnie rzecz ujmując, z wyznaczaniem konkretnego początku II. Wojny Światowej nie jest tak łatwo i jednoznacznie, jak mogłoby się wydawać. Zaczynając na tym, iż w '39 roku Hitler pomylił godziny i do informacji publicznej podał 5:45, a kończąc na Tczewie i Wieluniu. Co to za miejscowości, dlaczego o nich wspominam? O godzinie 4:34 (1. IX. 1939 rzecz jasna) na stację kolejową w Tczewie, na granicę Wolnego Miasta Gdańska, wkroczyły pierwsze oddziały piechoty hitlerowskiej w znanym nam dzisiaj celu. Wieluń natomiast to inna kategoria lub jak to mówią - inna bajka. Minutę przed (nie)oficjalnym uderzeniem Schleswiga-Holsteina znajdujący się w centrum Polski Wieluń został bezlitośnie zbombardowany przez niemieckie lotnictwo. Dzisiaj historycy nie wchodzą jednak w polemikę co było pierwsze, gdyż różnice czasowe są niewielkie, a argumentacja potęgowana jest tym, iż na Westerplatte (to jest tam, gdzie atakował Schleswig-Holstein) atak był najtwardszy.

Kolejny trudny temat - Smoleńsk Anno Domini 2010. Temat poruszany non-stop przez opozycję, a tuszowany przez rząd. Czego by o katastrofie nie powiedzieć, to jedno jest pewne - wszelkie niedoskonałości naszej polityki zagranicznej i wszechobecnej biurokracji zostały obnażone, a jako kraj nie podołaliśmy w obliczu klęski. Mało prawdopodobnym jest jakikolwiek zamach, choć Rosjanie od roku nie chcąc zwrócić należnego nam wraku dają powody ku podejrzeniom czy też gniewie. Człowiek, który nie ma nic do ukrycia, pokazuje co należy bez wahania. W jednej chwili wydarzenie z 10 kwietnia 2010 r. ukazało jak na dłoni pozycję Polski w obecnej Europie. Nie pomogły ani skargi, ani prośby, bo kogo to obchodzi? Rząd woli przyjąć kontenans defensywny, nie naprzykrzać się Rosjanom, a sprawę puścić w niepamięć, będzie bezpieczniej. Przykładowo, choć dosyć obrazowo - gdy rozbije się francuski cywilny Boeing - zbierana jest każda śrubka, a gdy u nas rozbije się samolot prezydencki - nikt nie jest w stanie przewieźć go przez rok na teren kraju. Ot, Polsko-Rosyjska, sielankowa przyjaźń.

Niemcy też nie pozostają bierne w budowaniu coraz cieplejszych stosunków z potomkami Mieszka I. Ku ogólnemu zadowoleniu kończona jest właśnie budowa gazociągu, prowadzonego z Rosji do Niemiec, ale tak, aby ominąć Polskę. Wystarczy spojrzeć na mapę, by uświadomić sobie ten absurd. Jeszcze 5 lat temu Radosław Sikorski wykrzykiwał nazywając umowę tą nowym paktem Ribbentrop-Mołotow, dzisiaj jedynym odgłosem reakcyjnym na salach obrad jest cisza. A popatrzmy na sytuację mniejszości w jednym i drugim kraju (polskich w Niemczech, niemieckich w Polsce). Nasi zagranicą mają znacznie gorszą prawną sytuacją, a gdy Polska niedawno zgłosiła się z prośbą o zmiany, to po usłyszeniu pierwszego "nein" zrezygnowała. Cóż za bohaterska walka o naród! Tymczasem nasz zachodni sąsiad staje się czołowym państwem w Europie, co według niektórych polityków zobowiązuje do "lizodupstwa", najwyraźniej takie dogmaty - no co poradzisz?!

Niedawno do Polski zawitał prezydent Stanów Zjednoczonych Ameryki - Barack Obama, powoli przymierzający się do przyszłorocznych wyborów prezydenckich. W czasie wizyty z pewnością mógł z Tuskiem wymienić kilka cennych uwag dotyczących zwalczania terroryzmu na świecie. Obama załatwił Osamę, a Tusk walczy z kibolami, jak na wodza przystało. Bądź co bądź Polska - jako największy, najwspanialszy, największy przyjaciel USA - nadal walczy o zniesienie wiz i nie może doprosić się o tarczę antyrakietową. No ale za to mogli sobie zrobić zdjęcia z Barackiem! Nooo, to teraz nikt już nie podskoczy! Chyba.

III RP nie jest mocarstwem niczym USA, Chiny, Rosja, ale nie jesteśmy też San Marino (z całym szacunkiem dla kraju, gdyż ich drużyna piłkarska jest konkurencyjna z naszą. Z drugiej strony nie ma się co załamywać, przed nami w rankingu FIFA zostały Dzieci z Bullerbyn, a potem to już z górki). Boimy się, tworzymy relatywne przyjaźnie, niejasne znajomości, uspokajamy się wzajemnie, a gdy komuś przestaje pasować obecny stan rzeczy nazywany jest debilem, oszołomem lub też (ostatnio modne) rusofobem. Bronisław Komorowski na swym wystąpieniu w obozie Auschwitz-Birkenau morderców z lat 1939-1945 nie nazywa ani razu (ANI RAZU) Niemcami, za każdym razem słyszymy, że byli to naziści. Napoleon Bonaparte powiedział niegdyś lapidarnie i słusznie: "Honor wyklucza zawieranie z nim kompromisów". Więc czy Polska ma jeszcze honor, czy stał się on jedynie nomenklaturowy? Rząd na początku kadencji obiecywał spokój w kraju, ale za jaką cenę? Za jaką cenę...

* kwartalnik "Tatry" numer wiosenny 2011 - L'uba Rusnakowa

0 komentarze:

Prześlij komentarz