25 maja 2011

Niewolnictwo - co to znaczy?

Świat jest względny i zależny. Nikt nie jest ani wolny, ani całkowicie autonomiczny, niezależny. Człowiek lubi władanie, lubi wyższych i niższych, a to znaczy, iż lubi również niewolę, choć rzecz jasna nie swoją. Sami prowadzimy się za kraty uzależnień korzystając z napojów wysokoenergetycznych, nikotyny, pornografii, a nawet folii bąbelkowej... Żadna rzecz nie jest zła bądź złem samym w sobie, wszystko zależne jest od jej zastosowania przez człowieka. Przykładem jest chociażby Nobel, który sporządził dynamit w celach odkrywkowych; a wiadomym jest jaką funkcję środek ten pełnił w gros przypadków po dziś dzień. Pod względem teologicznym mamy do czynienia ze zjawiskiem paradoksu wolności. Co poniektóre osoby dążą do bezgranicznej swobody, niezależności, odrzucają nałogi, uczucia, Boga. Paradoks polega na tym, iż według doktryn religijnych człowiek jest albo pod panowaniem Bożym, albo opętany przez diabła. Wolność obiecana czeka na nas dopiero w zaświatach. Jakie jest jednak pierwsze, bezpośrednie skojarzenie z pojęciem "niewolnictwo"?

Ciężko nakreślić początki ów procesu. Źródła historyczne przekazują nam, iż to w starożytnej Grecji około VI-V w. p.n.e. niewolnictwo miało swe korzenie. Początkowo mieliśmy (nie)przyjemność z odmianą państwową, to jest pokonani z danej wojny osiedlani byli na określonym terenie, z którego pod żadnym pozorem przemieszczać się nie mogli i pracowali na rzecz państwa do ostatniego dechu w piersi. Niedługi czas później rozwinął się prywatny handel ludźmi. Ustanowienie Grecji jako protoplasty w tej kategorii wydaje mi się odrobinę na wyrost. Przecież nawet słynna "niewola babilońska" trwała około tysiąca lat wcześniej, a to zaledwie jeden z przykładów. Jednakże nie zmienia to faktu, iż Grecja, a potem Rzym zasłynęły w dużej mierze z handlu ludźmi. Wybieranie co lepszych na targach następowało w podobny sposób, w jaki dzisiaj kupuje się worek ziemniaków. Niewolnicy stali się przyzwoitym źródłem dochodów, atrakcją, starożytnym lansem i tematem rozmów. Co do ostatniego to głównie wskutek działań gladiatorów. Krwiożercze bestie (lwy), odgryzające głowy pokonanych niewolników zaraz po zakończonej walce o śmierć i życie, na arenie przy wzniesionym kciuku cesarza. Tak, wzniesionym, wbrew dzisiejszej gestykulacji Rzymianie określali śmierć lub ocalenie odwrotnie niż nasze obecne zamiary przy pokazywaniu radości i smutku. Nieco później mieliśmy do czynienia z niewolnictwem feudalnym, a wszystko trwało legalne, pomimo protestów dużo znaczącego natenczas Kościoła. Handel ludźmi zakazany został zakazany na całym świecie w XX. wieku, ale jak się okazuje - bezskutecznie. Ani na chwilę niewolnictwo nie popadło w stagnację, wręcz przeciwnie - ma się bardzo dobrze.

Warte około dwanaście miliardów dolarów rocznie, trzecie po narkotykach i broni źródło przestępczych dochodów - tak to wygląda. W starożytnym Rzymie niewolnica kosztowała w okolicach 350.000 $, dzisiejsze ceny zaczynają się już od 1000 $. Seks niewolnice jeszcze nigdy nie były tak tanie, a to ze względu na ilość "towaru" na czarnym rynku. Czysty intratny biznes; jedne same zgłaszają się w odpowiedzi na ogłoszenie o atrakcyjną pracę masażystki, striptizerki, a nawet kelnerki, proklamowanych w gazetach. Inne porywane giną praktycznie bez śladu i szans na odnalezienie. Wpływa na całą tę chorą sytuację w głównej mierze słaba wykrywalność procederu, a także wielość tras i pośredników działających na terenie Europy. Są oczywiście także inne przypadki, na przykład w znacznej mierze nastolatki zgłaszające się z własnej, niekrytej ciekawości i chęci zysku do udzielenia rozbieranej sesji przed kamerą. Zabawa kończy się w momencie, gdy nagle wychodzi na jaw, iż nikt na striptizie nie zamierza poprzestać. Cena danej kobiety zależy od wielu czynników, np. urody, wieku, narodowości, ale i stopnia wykształcenia. Generalnie rzecz ujmując - im kobieta sprzedana drożej, tym gorszy jej los; w ramach zemsty za koszty.

Popularnym działaniem jest obecnie stawianie pracy zawodowej XXI. wieku na równi z niewolnictwem. Podstawową różnią jest fakt, iż osobiste życie jest niezależne oraz istnienie alternatywy w postaci złożenia rezygnacji bez konsekwencji. Nikt jednak wolny być nie może, jesteśmy w stanie jedynie decydować pomiędzy złem, złem, złem i złem. Kwestia od czego się uzależniamy to nasza osobowość, kształtowanie siebie samego. W starożytności żył niegdyś filozof* odrzucający wszelkie dobra i przywileje, sypiał on w beczce, wydalał na ulicę i chodził nago między znajomymi. Bynajmniej nie w celach jakiegoś samoumartwiania czy fascynacji ascetyzmem. Chciał on dowieść swej obojętności, niezależności względem świata, a przecież i tak wolny nie był. Trzymał go Bóg, prawo greckie, prawo moralne i inne. Każdy powinien odnaleźć własny "złoty środek" w każdej nawet obsesji.

*Diogenes z Synopy (413 r. p.n.e. - 323 r. p.n.e.)

17 maja 2011

God - the last standing

Z natury człowiek jest istotą wierzącą. Czy mu się to podoba, czy nie, zawsze imać będzie się go wiara, połączona z nadzieją na ten lepszy, piękniejszy świat. Gdy "matka głupich" opuści go z powodu tragedii życiowej, zmiany ideologii czy własnego "widzi mi się" - to i tak za jakiś czas powróci, by przytulić do swych piersi i umocnić w staraniach. Za godzinę, dzień, tydzień, miesiąc, rok czy pięćdziesiąt lat, ale znów złapiemy się jej i zaufamy na nowo. Tak skonstruowany jest nasz umysł i dlatego też popularne ostatnio określenie "ateista" to czysta teoria. Nie twierdzę, że każdy jest chrześcijaninem, ale deistą już tak. Zawirowania w przeciągu ostatnich kilkudziesięciu lat na tle religijnym powstały na skutek sztucznego, wyimaginowanego oświecenia umysłów ludzkich na świecie i sprzyjających warunków do wprowadzenia starożytnego Epikureizmu w życie wraz z okładkową sentencją "Carpe diem" na czele.

Początkowo przodkowie nasi, istniejący od około dziesięciu tysięcy lat temu, uznawali świat za coś pięknego, niesamowitego, przerażał on ich swoją wielkością i różnorodnością. Widać tę fascynację połączoną z egzaltacją na wielu starożytnych malowidłach naskalnych i pierwszych tekstach literackich. Gdy postęp cywilizacyjny ruszył  zespół wespół z umysłowym, człowiek wyimaginował sobie bóstwa, rządzące wszelkimi aspektami życia; dzisiaj  zebrane w jednym miejscu, udostępnione są publicznie i występują pod nazwą mitologia. Całe szczęście nikt już nie wierzy w te humbugi. Co ciekawe pierwsza (chronologicznie) z mitologii - egipska - jest prawdopodobnie w wielu elementach (głównie wątek pierwszoplanowy, to znaczy walka boga Seta z bogiem Ra) oparta na wydarzeniach prawdziwych. Z tą tylko różnicą, iż zamiast mitologicznych postaci, tyczy się to dwóch zwaśnionych ze sobą królestw Egiptu, które w późniejszym czasie połączyły się. Kilkanaście wieków po tych wydarzeniach mamy do czynienia z czasami Abrahama, Mojżesza, Buddy, Chrystusa, Mahometa i pomniejszych. Wiara od tej pory oparta została na dogmatach i starych zapiskach czy relacjach.

Ze względu właśnie na domniemaną niepewność źródeł tych (zawierających informacje dotyczące życiorysów i propagowanych religii wyżej wymienionych postaci), tak wiele osób odchodzi od Boga. Historycy zgodnie odpowiadają, iż gdyby na jakikolwiek inny niegdysiejszy temat byli w posiadaniu takiej ilości informacji, co na np. zmartwychwstania Chrystusa, to fakt dawno temu zostałby już zatwierdzony. Adwersarze idei tych wyszukują ciągle coraz to bardziej absurdalne tezy, które doprawdy czasami przechodzą ludzkie pojęcie. A "jak trwoga to do Boga", jak mówi stare polskie przysłowie; jakże prawdziwe i aktualne! Tymczasowy ateizm jest szczerze mówiąc pójściem na łatwiznę, odrzuceniem obowiązków, odetchnięciem pełną piersią. Sprawia to także bardzo błahy czynnik, jakim jest lenistwo, przez które liczba deistów zmienia się stanowczo "in plus". Wybitnie ciężko poświecić się Bogu ludziom, którym życie się udało, głównie pod względem finansowym. Kilka wieków temu osobnicy tego typu zmieniali swe wyznanie na kalwinizm, folgując swym sumieniom. Działo się tak, ponieważ religia ta uznaje dogmat predestynacji, to jest przeznaczenia ludzkiego jeszcze przed narodzinami.

Wiara jest przede wszystkim nadzieją. Nadzieją na lepsze życie pośmiertne niż to aktualne. Jedni uważają ją za dobrodziejstwo, drudzy za utrapienie. Jednakże w ciężkich chwilach (niestety w gros przypadków tylko wtedy) jest ostatnią deską ratunku, złotą alternatywą. Albowiem zdarza się, iż człowiek zagłębia się w Bogu, a nie tylko w "sex, drugs & alcohol"*. Dzisiejsza Polska przepełniona jest ludźmi wierzącymi pretensjonalnie, na wszelki wypadek pozostającymi przy Bogu. Jakby coś, to nic - czysty, intratny biznes. Kipi z nas również hipokryzja, bo doprawdy nie wiem, jak inaczej nazwać sytuację, gdy 66% Polaków chce aborcji zgodnej z prawem przy 82% "wierzących"? A jeżeli zechcemy sięgnąć znów do starożytnej filozofii ("Carpe diem"), apeluję, by zwrócić uwagę także na inną sentencję: "Każdą pracę wykonuj, jakby miała ona być ostatnią w twoim życiu"**.

* "sex, drugs & alcohol" - zmodyfikowana wersja "sex, drugs and rock&roll"
**  "Każdą pracę wykonuj, jakby miała ona być ostatnią w twoim życiu" - Marek Aureliusz

11 maja 2011

Kto ty jesteś? - Polak mały.

Kowalski, Nowak, Szala i sto tysięcy innych. Każde nazwisko ma jakieś znaczenie, symbolikę, na wzór niegdysiejszych herbów. Nie tak dawno jeszcze pomiędzy tymi dwoma podmiotami stawiano znak równowagi i ich wartość była jednaka dla całego rodu. Przykładem jest chociażby William Shakespeare, który nazwiska nie odziedziczył po swych rodzicielach. Gdyby tak się wydarzyło, to dziś "Romeo i Julia", "Hamlet" i wiele innych dzieł byłoby skatalogowane jako twory spod ręki Wiliama Ardena. Nazwisko jego to zespolenie dwóch wyrazów, a mianowicie "shake" i "spear". Pierwszy z z nich Shakespeare wziął pod uwagę, gdyż w całej Europie powiadano natenczas, iż trzęsie, rządzi i deformuje on scenę teatralną na deskach "The Globe". Spear (do czego dążę) zostało dodane przez niego z powodu znajdującej się na herbie włóczni pod którą widniał również napis "Non Sanz Droict"*. Dzisiaj jednak rodowe sygnatury wyszły z powszechnego użytku i mody, niestety wraz z nimi opadły i inne wartości, za które niegdyś nasi przodkowie bez zawahania dumnie nadstawiali piersi nie zawsze otulone kirysem, a częściej brudnymi, wymęczonymi, pokrwawionymi szmatami. To jest dobre imię, ojczyzna, wiara.

Nazwisko jest naszą wizytówką, dlatego niejednokrotnie spotykamy się z pseudonimami artystycznymi, jeżeli dana persona stwierdzi, iż woli być "inna" niż jest. W internecie odnaleźć można od groma witryn o tematyce poświęconej sabotażowi powszechnie znanych i lubianych. Przez wieki nasze nazwiska ulegały metamorfozom z najróżniejszych przyczy a'la pomyłka przy zapisie, a proces zmian trwa nieprzerwanie. Z tego też wynika znakomita ich różnorodność, a w krajach w których globalizacja sięga właściwie apogeum typu Stany Zjednoczone, Francja, Irlandia, pojęcie dziwnego nazwiska nie funkcjonuje ze względu na tę właśnie różnorodność. Zjawisko takie mogło by nastąpić chyba jedynie w sytuacjach ściśle określonych i wybitnie specyficznych, jak np. to w skeczu kabaretu Limo**.

Pochodzenie zobowiązuje nas również do patriotyzmu, który powinien wpajany być od najmłodszych lat. Miłość do ojczyzny to to, co trzyma kraj w ryzach, wspólnie, nawet gdy wrażenie jest odmienne. Przekonać się o tym mogło wielu wielkich dowódców, a najlepiej Karol Gustaw w czasie wojen polsko-szwedzkich w XVII. wieku. Jak wszędzie i zawsze znajdowali się w naszych granicach fałszywi nihiliści, lecz w chwilach trudnych wskutek działań mobilizacyjno-koncyliacyjnych Polaków, dziewięciu na dziesięciu stanie w szeregu, a jednocześnie brudzie i ubóstwie, by wylać krew za ojczyznę. Tacy już jesteśmy, jak w bajkach. Współcześnie, gdy siła jednostki intensywnie traci na znaczeniu i nie jest koniecznym obowiązkiem stawanie oko w oko z nieprzyjacielem ciężko określić z tzw. "biegu", kto zasługuje na miano patrioty, a kto nie. Stanowią o tym w gros przypadków drobnostki, niuanse, jak szacunek do prezydenta, uczciwość obywatelska, znajomość historii, a nawet regularne oddawanie należytych państwu płatności (nawet w wypadkach, gdy cena cukru wynosi 5-6 zł). Są osoby starające się dołożyć swoje pięćdziesiąt groszy dla dobra gospodarki, kupując wyłącznie polskie produkty. Lecz jak odróżnić je spośród innych, jeśli nie czytając całą etykietę/umowę. Jedna z najbardziej szanowanych firm o nazwie Telekomunikacja Polska kojarzona z krajowym przedsiębiorstwem, przywędrowała do nas z Francji, także o resztę wolę nie pytać.

Wskutek wszechogarniającej świat globalizacji ginie nasza tożsamość narodowa. Wszystko staje się identyczne, przypomina uniwersalizm średniowieczny; jemy to samo jedzenie, oglądamy te same programy i filmy, nosimy takie same buty. Są oczywiście również i pozytywne aspekty tej sytuacji, lecz mam wrażenie iż nie są one usprawiedliwieniem dla panującej sytuacji, a Polska przestaje być najważniejsza (jak w hasłach), a jedynie pospolita na tle światowym. Jedyne co pozostaje ze znanego II - wojennego hasła "Bóg, honor, ojczyzna" to program "Kocham cię Rosjo!" prowadzony przez Macieja Kurnajewskiego***, który to odpowiada na najbardziej frapujące Polaków pytania, typu "Ile procent osób opuszcza deskę klozetową?", wtóruje mu zaś stado silikonowych, egzaltujących się tą informacją blondynek. I czasami ma się tylko ochotę wspomnieć starego, dobrego Kmicica: "Kończ... Waść... wstydu oszczędź!"

* Non Sanz Droict (łac.) - Nie Bez Prawa;
** skecz kabaretu Limo pt. Zmiana nazwiska;

*** Zbieżność osób, nazwiska i wydarzeń rzecz jasna całkowicie przypadkowa.

2 maja 2011

"Heaven, I'm in heaven"*

Czym jest szczęście? Uśmiech, miłość, wygrana w loterii, udane życie, raj? W celu odpowiedzenia na to pytanie należy wiedzieć, czym jest raj. Jest to po prostu pełne dobrobytu, piękne miejsce, prawda? I tutaj dochodzi do tzw. reakcji łańcuchowej - bo czymże jest piękno? Pewien włoski artysta** zdefiniował je niegdyś jako "Połączenie elementów, które tak ze soba współdziałają, że nie trzeba nic dodawać, ani ujmować, ani zmieniać". Szczęście, piękno i raj są pojęciami całkowicie subiektywnymi. Szczęściem dla aktora jest otrzymanie Oscara na wielkiej gali, pięknem dla Kowalskiego są cycki Doroty Rabczewskiej, rajem dla stalkera - radioaktywna zona. Te trzy pojęcia poruszane są w mediach (bynajmniej nie mówię o budowie biologicznej wyżej wymienionej "piosenkarki"), ale i w codziennym życiu nadzwyczaj często. ZBYT często, przez co współcześnie mają charakter właściwie androginiczny, tracone jest ich pierwotne znaczenie. Kolejno wymieniające się "u władzy" ugrupowania polityczne obiecują nam rajskie państwo, wskutek powrotu rodaków zza granicy, obniżenie podatków, cen w sklepach, rozwój dróg niczym "te zachodnie". Z roku na rok staje się to równie prawdopodobne, co fakt iż Lech Wałęsa nie był tajnym współpracownikiem Służb Bezpieczeństwa.

Idee a'la rajskie, wyśnione państwo pojawiły się po raz pierwszy w renesansie. Powstało wówczas dzieło "Utopia", traktujące o idealnej wyspie, gdzie wszyscy są tacy sami i tak samo szczęśliwi. Awangardzistą pod względem pojęcia identycznego z nazwą książki, które jako mrzonka funkcjonuje po dziś dzień był Tomasz Morus. Współczesnym spadkobiercą "Utopii" stał się BioShock - tak, gra komputerowa. W produkcji tej autorzy duży nacisk położyli na fabułę, która - faktycznie - znajduje się na poziomie hollywoodzkich superprodukcji. Główny wątek opowiada o podwodnym, wolnym od reszty świata i moralności mieście, którego mieszkańcy na skutek przesadnego poczucia bezkarności i eksperymentów (podobnych gatunkowo do tych prowadzonych przez doktora Mengele), przeobrażają miejsce to w podwodne piekło. Raj utopiony z czasem staje się rajem utopijnym. I upada.

Identycznie jednorodności pożądał Adolf Hitler. Nie zsyłał on ludzi na śmierć w celu folgowania swym psychopatycznym, sadystycznym potrzebom czy pragnieniom. Działał tak a nie inaczej, ponieważ marzył, by wszyscy byli identyczni, tacy sami, cała jego propaganda rasowa pro-nordycka zaczęła funkcjonować w pełni. I na czele on - posłaniec bogów, wielki (bagatela 170 cm wzrostu...) Fuhrer, sprawujący dominium i obejmujący jurysdykcją ponad wszystkimi całą kulę ziemską. Bardzo zbliżone powódki kierowały również Marksem i Engelsem, gdy kreowali oni nowy ustrój społecznie-polityczny. Miał to być złoty środek - nie ma bogatych, nie ma biednych, wszyscy to samo i tyle samo. Powtórka z rozrywki. Dzisiaj komunizm kojarzy się wyłącznie w sposób pejoratywny ze względów praktycznych, nie teoretycznych.

Raj to również (może głównie?) Eden. Na dzień: drugi maja 2011r. pojęcie to powszechnie rozumie się jednak zbyt dosłownie. Raj przedstawiony w Księdze Rodzaju stanowiącej trzon Tory jest miejscem szczęścia, ale dla autora, który żyje na pustyni. Stąd cztery różne rzeki (które zaspokoją wszelkie pragnienia z każdej strony), ogrom pożywienia (pozwalający się najeść do syta) i piękno natury, którego na pustyni nie znajdziemy. Także z tego samego powodu, stworzeniem kuszącym człowieka jest wąż, gdyż jest to najbardziej podstępne i najgroźniejsze zwierze, jakie można spotkać na owych piaszczystych terenach. Występują w aż 16 jadowitych odmianach. Aktualnie temat przetrwania przestał być najistotniejszy, gdyż nie jest o nie tak trudno, jak było niegdyś. Biblijny raj nas nie pociąga, ba, nawet piekło jawi się być czymś ciekawszym, mniej monotonnym. Zapominamy, że to metafora, a każdego z osobna czeka (lub i nie) inny kabalistyczny Eden.

Piękne jest to, co lubimy, cenimy, kochamy; raj to miejsce piękne; szczęściem jest być w takim miejscu (raju). Osobne, eklektyczne tłumaczenie tych słów jest niepełne, niezadowalające i często niezrozumiałe. Raju na Ziemi nigdy nie było, nie ma i nie będzie, jedyne co nam pozostaje to wiara w ten nasz pozagrobowy Eden. A o to coraz trudniej. Być może to idealne miejsce zadowoli nas i nie odrzucimy go niczym Adaś Miauczyński w "Dniu Świra" swą idealną, wręcz mało realną kobietę. Oby!


* piosenka Freda Astaire - Cheek to cheek
** malarz Carlotti