2 kwietnia 2011

Między mieczem a "kałachem"*

Każdy z nas jest trochę próżny. Każdy wewnątrz chciałby osiągnąć wyznaczone punkty w swoim życiu, być kimś; najlepiej bez zbędnego nadwerężania swych prężnych muskułów. Najczęściej być kimś znanym i lubianym, przeżyć przygodę czy wygrać w Lotto. O ile być celebrytą sławnym z tego, że jest się sławnym i trafić „szóstkę” ciężko, to niecodzienne wydarzenia jawią się być niczym trudnym do wykonania. Przygody: smoki, księżniczki, kipiące splendorem krainy, bohaterscy rycerze, królowie – neguję własną wypowiedź? Hmm... A może przygody numer dwa: bracia broni, męska przyjaźń, karabin w dłoni, czołgi na froncie i opowieści przekazywane z pokolenia na pokolenie. Ta wizja wydaję mi się już znacznie bardziej realna. Przez monotonność i przyziemność bytu Kowalskiego, atrakcyjnym i ciekawym tematem wydaje się nawet wojna. Ja współczesnych żołdaków klasyfikuję w dwóch dosyć prozaicznych kategoriach: walczący z miłości do ojczyzny albo z miłości do przygód. Różnica między rycerzem a żołnierzem nie polega jednak jedynie na ewolucji rynsztunku wojennego w ludzkich rękach. Między słowami dużo łączy tych dwóch panów.

Niejednokrotnie w naszym życiu mamy okazję usłyszeć z ust szanowanych erudytów, iż rycerz miał klasę, honor, różnił się od dzisiejszych płatnych morderców, takim to terminem określając główną siłę militarną naszego państwa. Kluczowym argumentem jest dla nich kultura średniowieczna. W okresie dojrzałej i schyłkowej fazy czasów średnich każdy szanujący się szlachcic zobowiązany był do "wierszoklectwa" na cześć kobiet i - rzecz jasna - miał obowiązek zachowywać się w jak najbardziej adekwatny i romantyczny sposób względem nich. Gros współczesnych "przykazań" książek savoir-vivre** pochodzi z tego właśnie okresu, lecz w mojej opinii była to jedynie przykrywka krwawych i brutalnych czynów, jakich w ówczesnych czasach się dopuszczano. Odcięte członki na ulicach były widywane częściej aniżeli chleb na stole. Jakby to nie wystarczało - często porusza się kwestie sprawiedliwych średniowiecznych walk. Istnieje spore grono osób broniących opinii, że średniowieczni nigdy nie dopuściliby się w walce takich form siły, jakie w użytku są obecnie, ludzie ci są zdania iż rycerze przestrzegali odgórnych zasad. 

Rok 1915, miejscowość Ypres, starcie wojsk alianckich z Niemcami – po raz pierwszy użyty zostaje środek chemiczny w historii wojen świata. W roku 1925 podpisany zostaje Protokół Genewski zakazujący używania broni biologicznej i chemicznej, uważając tę opcję bitewną za nieludzką i niedopuszczalną. Kiedyś za dyshonor traktowano nawet używanie w starciach kuszy (a następnie zabroniono stosowania jej na Soborze Laterańskim w 1139 roku). Czasy się zmieniają, a nasze chore ambicje nie pozwalają zaprzestać nam nowatorskich procederów tak „o”, z dnia na dzień . Co za tym idzie – ani nie zakończono stosować kusz w rozstrzyganiu sporów, ani nie zrezygnowano z gazów w konfliktach XX. wieku z II Wojną Światową na czele. Ale czy aby na pewno tak przedstawia się pierwsze użycie gazu w trakcie stanu wojny? Otóż nie. Gaz bojowy użyty został po raz pierwszy w roku… 1241 w bitwie pod Legnicą. W starciu tym (przegranym dla Polski i sojuszników) Mongołowie wykorzystali siarkowodór, który udało im się utworzyć około 200 lat wcześniej. Pomimo większych sił (5000 Mongołów przeciwko armii 8000 zjednoczonych rycerzy Polskich) - przegraliśmy. Nie wydaje mi się, ażeby w tej kwestii cokolwiek dzieliło ówczesnego i współczesnego wojaka. 

Jednakże zawsze jest druga strona medalu, w tym wypadku również. W czasach rozkwitu Kościoła na świecie, to jest w średniowieczu, na potężną skalę namnożyło się rycerzy walczących za swą wiarę. Jedni chcieli otrzymać wieczne zbawienie, inni wykorzystywali pretekst chrystianizacji w celu otrzymania możliwości ekspansji na coraz większe posiadłości ziemskie. Najbardziej znanym przypadkiem walki o wiarę są wyprawy krzyżowe, w których zbrojnie i krwawo, nie zawsze skutecznie, aczkolwiek dokonywano prób nawracania wyznawców innych bóstw na chrześcijaństwo. Jeżeli mowa o tzw. "pasożytach kościelnych" to przykładem idealnym jest chociażby Zakon Szpitala Najświętszej Marii Panny Domu Niemieckiego, który w sprytny sposób zagarnął w krótkim czasie znaczną cześć naszego terytorium, nie próbując nawet przekazywać tamtejszej ludności prawd i dogmatów swej wiary.

W czasie wieków zmieniły się natomiast pobudki do prowadzenia walk na świecie. Na Bliskim Wschodzie od czasów Starożytności obowiązuje zasada talionu (znane "Oculum pro oculo, dentem pro dente"***). Za zabicie obywatela, morderca ponosi równoważną karę. Za uderzenie ojca przez syna, potomek ten traci dłoń etc. Nie ma miejsca na żadnego rodzaju abolicjonizm, rzeczywistość jest znacznie bardziej szara niż ta nasza, polska. W krajach tych nigdy nie orgaznizowano napadów czy innych mordobić ze względu na strach przed wymiarem sprawiedliwości. Czasami mam wrażenie, że to byłby jedyny paragraf w polskim prawie, który mógłby coś zdziałać, zapobiec. A co spotkało nas w XX. wieku? Około 72 miliony wymuszonych przez człowieka zgonów wskutek choroby psychicznej jednej osoby, a mianowicie Adolfa Hitlera - osoby względem której wszelkie formy abominacji osiągnęły już dawno temu apogeum. W wojnie tej chodziło o jak największą ilość ofiar, o sztuczne wywołanie rasowego "katharsis". W przeciwieństwie do średniowiecznych rycerzy Kościoła, Hitler był wrogiem wiary, wielokrotnie głosił: "wiarę w Boga powinno się tracić tak jak pierwsze zęby". W ogóle swego rodzaju paranoją jest fakt, iż niski brunet przekonał setki tysięcy Niemców do tego, iż wzorem wyglądu człowieka jest wysoki blondyn z niebieskimi oczami (rasa nordycka). Mało? Kto nie słyszał o obozach koncentracyjnych, których budowa rozpoczęła się już w latach 30. XX. wieku na terenie Niemiec (pierwszy w Dachau), gdzie umieszczano wszelkich nihilistów prawnych? W okresie II Wojny Światowej przeobraziły się one w główne narzędzie do eksterminacji Żydów - Auschwitz, Majdanek, Stutthof i wiele innych. Do czego dążę? Zajrzałem do drzewa genealogicznego rodziny Hitler i dowiedziałem się, że dziadek Adolfa był żydem, do czego przyszły dyktator nigdy się nie przyznawał i z cyzelatorską dokładnością niszczył wszelkie dokumenty na to wskazujące.

Żołnierz - rycerz, rycerz - żołnierz. Rycerskie maniery i żołnierska postawa. Podział tych dwóch jednostek nie powinien polegać na uzbrojeniu, a jedynie na ludzkim usposobieniu. Każdy medal ma dwie strony, a nikt nie jest idealny, tym bardziej cała społeczność. Rycerz jest jednak znacznie zacniejszą personą. Walczy on o honor swój jak i damy, broni swej wiary, nie robi z siebie klauna ani błazna, potrafi opanować swe wewnętrzne potrzeby dla dobra wyższego. Żołnierz natomiast jest zwykłym żołdakiem, jedzie na poligon, walczy i kończy po kilkunastu latach swą pracę otrzymując wynagrodzenie. Podsumowując, rycerzem można być i w dzisiejszych czasach, nie tylko zaciągając się do służby wojskowej. Na miano to trzeba pracować długi czas i nietrudną sztuką jest splamić swe dobre imię. Na nieszczęście w wielu wypadkach rycerz okazywał się być przeciętnym, słabym żołnierzem. Pozostaje jedynie nadzieja, że nasza armia składa się jednak z ludzi z sercami przepełnionymi rycerskością, nie dezyderią przygód. Zresztą nie tylko armia...

* Między mieczem a "kałachem" - aluzja do znanego przysłowia: "Między młotem a kowadłem";
** savoir-vivre (fr.) – jak żyć;
*** Oculum pro oculo, dentem pro dente - oko za oko, ząb za ząb.

2 komentarze:

Skryba pisze...

Ciekawie, ciekawie ale chyba nie wyzbyłeś się utartych schemtaów podręcznikowych dot. historii.

Paweł pisze...

O czym dokładnie mówisz Skryba?

Prześlij komentarz