23 kwietnia 2011

Fides et ratio*

Polska to kraj ze wspaniałą historią, wielowiekową kulturą i obyczajami. Poczynając od rozpadów dzielnicowych i wojen domowych, poprzez problemy krzyżackie, wojny polsko-szwedzkie, sto dwadzieścia trzy larta niewoli (włącznie z I Wojną Światową) oraz tą rozgrywająca się pomiędzy 1939 a 1945 rokiem, a kończąc na socjalizmie i komunizmie, obalonym przez Solidarność. Nasi przodkowie wiele doświadczyli, wiele widzieli, ale nigdy nie utracili nadziei na wolną, suwerenną i niepodległą Polskę. Jesteśmy narodem, który podniósł się z prochu będąc już pochowanym. Wielokrotnie pochowanym. Wydaje się, że obywatele żadnego innego państwa nie mogli doświadczyć równej ilości nieszczęść na przełomie zaledwie kilku wieków. A jednak - naród Żydowski.

Nie mam wcale na celu cyzelatorskiego opisywania całej historii Żydów, a skupię się głównie na procesie genezy chrześcijaństwa i obalania mitów z nim związanych. Aby jednak nie sprawiało to wrażenia bezsensownego entymematu, zainauguruję dziejami od Abrahama, a skończę na męczeńskiej śmierci Jezusa Chrystusa. Jego postać - jakby nie patrzeć -  wiele odmieniła w postrzeganiu świata. Uformowała się nowa religia, w lwiej części doktryn teologicznych uznany został on za kolejnego po Abrahamie i Mojżeszu proroka, a nawet dzielimy dzieje świata na te przed (p.n.e.) i po jego narodzinach (n.e.). W tym ostatnim popełniamy niestety błąd. Dlaczego? W roku 525  naszej obowiązującej terminologii czasowej, ówczesny papież Dionizy Mniejszy postanowił zrezygnować z pogańskiego odliczania czasu  na rzecz nowej wersji, która obowiązuje po dziś dzień. Jak wiemy współcześnie - pomylił się on o około 5 lat, gdyż syn cieśli Józefa narodził się w okolicach 5-4 roku... przed Chrystusem. 

Naród Żydowski powszechnie określa się również jako "Naród Wybrany". Jest to jednak spowodowane brakiem precyzji naszego narodowego języka. Określenie to bowiem nasuwa myśl, iż jest to lud obdarzony boskimi przymiotami i cechami, uprzywilejowany, a tak przecież nie jest! Historia ludu Izraela najprecyzyjniej opisana została w Torze (zwanej umownie pięcioksięgiem Mojżesza, choć autorzy jej są różni). W II. tysiącleciu przed naszą erą Abraham wyruszył ze swym ludem z Mezopotamii, docierając aż do Egiptu. Dla Hebrajczyków okazało się to w czasie późniejszym prawdziwie hiobową wieścią, gdyż Egipcjanie przez stulecia uciskają biedny naród Abrahama. Dzieje się tak aż do roku 1250 p.n.e., kiedy to Mojżesz ucieka ze swym ludem z Egiptu. Hebrajczycy przekraczają Morze Czerwone, które zalewa następnie cały pościg wysłany przez Faraona. Jak to w ogóle możliwe? W Biblii spotykamy zapis mówiący o silnym wietrze dnia poprzedniego, a według naukowców woda w tamtym miejscu mogła wskutek intensywnych ruchów powietrza przepłynąć wystarczająco, by dało się ją bezpiecznie przekroczyć. Następnie nastąpiło zjawisko restytucji poziomu cieczy. Po dotarciu do ziemi obiecanej, ziemi Kanaan, Hebrajczycy toczyć musieli boje z Filistynami o dominium nad tamtejszym terytorium. W walkach tych doszło m.in do biblijnego starcia Dawida z Goliatem. Dwunastoma plemionami tworzącymi tę wspólnotę rządzili kolejno Saul, Dawid właśnie i Salomon. Po ich rządach Izrael rozpadł się na dwie części - mianowicie Królestwo Izraela i Królestwo Judy. Pierwsze z nich zostało przejęte w 721 r. p.n.e. przez Asyryjczyków i zrównane z ziemią; drugie w 587 r. przed Chrystusem wpadło w ręce Nabuchodonozora i Babilonii. Gdy Babilonia została zdobyta przez Persów, król perski Cyrus Wielki, pozwolił Izraelitom powrócić do Jerozolimy, by w 198 r. p.n.e. naród Judy dostał się w niecne łapy Seleucydów. Ci właśnie sprofanowali Świątynię Jerozolimską i zakazali Żydom wykonywania praktyk religijnych. Roku 142 przed Chrystusem dochodzi do powstania Machabeuszy, zostaje ono krwawo stłumione, a Żydów czeka kolejna diaspora. Niecałe półtorej wieku później na świat przychodzi król żydowski Jezus Chrystus. 

Mamy do czynienia z dużą ilością liczb i cyfr, gdy przychodzi nam opowiadać o dziejach wyznawców pierwszej religii monoteistycznej, uznającej tylko Stary Testament  za źródło wiary, to jest - o judaizmie. Ile lat wędrował Mojżesz ze swym ludem, ile dni spędził na górze Synaj oczekując Bożej odpowiedzi, ile dni trwał biblijny potop czy (nawiązując do Nowego Testamentu) ile dni i nocy pościł Chrystus? Odpowiedź brzmi czterdzieści. To samo tyczy się liczb siedem i trzydzieści trzy**: siedem dni tworzenia świata, siedem dni spędzonych przez Noe w arce, po siedmiu latach według Biblii niewolnik powinien stać się wolny, siódemka to również znak Boskiej doskonałości; trzydzieści trzy - tyle razy wymienione jest imię Boga w księdze Rodzaju, tyle lat miał Józef gdy poślubił Maryję, tyle przypowieści opowiedział Jezus Chrystus, tyle lat miał, gdy go ukrzyżowano. Nie należy całej tej numerologii jednak mylić z kabałą czy infantylnym okultyzmem, a potraktować jako swego rodzaju symbolikę. 

Syn Boży (według doktryny chrześcijańskiej) pracę misjonarską rozpoczął w wieku lat trzydziestu wybierając dwunastu uczniów. Niedługo później rozpoczęły się również pierwsze prześladowania chrześcijańskie, a nowo powstały nurt uważano wówczas za odłam judaizmu. Wyznawcy utworzyli znany znak Px, dzięki któremu mogli poznać wśród zatłoczonych uliczek swych braci i siostry. Po trzech latach Jezus został schwytany i poniósł męczeńską śmierć w konsekwencji negowania zgody na własną abiurację. Istnieje jednak we współczesnej rzeźbie i malarstwie wiele błędnych archetypów dotyczących drogi krzyżowej, które pragnę obalic. Chrystus "ukoronowany"*** cierniem ze zmaltretowanym biczowaniem ciałem niesie krzyż na plecach, z którym trzykrotnie upada. Często w sztuce jest do niego również przywiązany. Fałsz, wszyscy skazańcy nosili "jedynie" poziomą częśc ważącą około 30 kg, a ręce ich były swobodne, aby mieli oni asekurację w ewentualności upadku. Kolejnym nagminnie popełnianym błędem jest obraz krzyża. W rzeczywistości przypominał on kształtem literę T, tzw. krzyż grecki. Tendencja do ukazywania go z wystającą ponad poziomą belkę partią pionową wynika z faktu, iż znajdowała się w tym miejscu tabliczka z wygrawerowanymi w trzech językach napisami: "Jezus Chrystus Król Żydowski". Dłonie chrześcijańskiego zbawiciela wbite są w krzyż, co najprawdopodobniej również jest fikcją, gdyż nie byłyby one w stanie utrzymac całego ciała w powietrzu****. Prawdą wydaje się byc fakt, iż gwoździe wbijano w nadgarstki; stopy natomiast nadziewano na krzyż osobno, a nie jedną spoczywającą na drugiej.

Chrystus umierał w nieludzkim bólu, w pogardzie i w upokorzeniu. Nagi, brudny, wyczerpany i jednocześnie czysty jak łza... Jego ciało krwawiło wskutek kilkudziesięciu szarpnięć bicza, z głowy sączyła się czerwień krwi od wbitej mocno korony cierniowej. Ciało rzucało się w konwulsjach i spazmach wskutek szoku dla organizmu i bólu zadanego przez wbicie w dłonie i stopy miedzianych szpikulców. Na samym końcu pod ciężarem własnego wiszącego ciała udusił się on. Makabra. 

Za jego śmierć odpowiedzialny był rozjuszony tłum oraz starszyzna żydowska, która przymusiła Piłata do wydania zgody na ukrzyżowanie pod groźbą skargi do cesarza. Błędnie jednak odpowiedzialnośc za ten straszny czyn kierunkuje się na - znów na nich - tak, na całą społeczność Żydowską. Ci, którzy szerzyli naukę Chrystusa, wylewali za niego hektolitry łez, masowo oddawali życie, zostali całościowo posądzeni o morderstwo. Benedykt XVI w drugiej części książki "Jezus z Nazaretu" tłumaczy to wydarzenie, w miarę obiektywnie określając rolę Żydowską w ukrzyżowaniu. Dobrze, cieszymy się (czy aby wszyscy?). Co to zmienia? Określenie "Żyd" przeobraziło się w peryfrazę wyrazu "ch*j" albo i gorzej. Naród Izraela stał się wygodnym chłopcem do bicia, a teraz to nawet zaistniał pretekst. Ha! Zabili Chrystusa, no to wiesz świecie, co z nimi zrobić. Stłamsić, przydusić, ustawić przy murze i wymordować jak kaczki. Pozostaje mi na końcu zadać jedno, drobne, nic nie znaczące pytanie - dlaczego ateista gardzi Żydem?

* Fides et ratio (łac.) - wiara i umysł, nazwa jednej z encyklik Jana Pawła II.
** Czy za zbieg okoliczności można uznać fakt, iż dodane dają właśnie czterdzieści?
*** "ukoronowany" - piszę ten wyraz w cudzysłowie, gdyż uważam iż kojarzy się on w sposób nazbyt jowialny, a w połączeniu z cierniem tworzy swego rodzaju oksymoron.
**** Amerykański naukowiec Frederick Zugibe dokonał eksperymentu według którego jest to możliwe, o ile wbije się dokładnie pod odpowiednim kątem. Wątpliwą natomiast tezą staje się wtedy to, iż każdy Rzymianin był świetnym matematykiem.

17 kwietnia 2011

Muzyko, graj!

Muzyko, och muzyko - "Ty jesteś jak zdrowie"*. Któż z nas nie doświadczył w swoim życiu okresu, kiedy to tylko dźwięk przynosił ukojenie czy radość?  Otaczamy się swymi ulubieńcami, uczestniczymy w koncertach, kupujemy płyty i obwieszamy się dookoła plakatami. Gremium muzyków podzielić można na dwie kategorie: tworzący melodie, by coś przekazać, oddać cząstkę siebie i ci, którym marzy się srebrna willa z platynowym basenem i złotymi rybkami. Nieszczęśliwie ci drudzy coraz częściej przyćmiewają prawdziwych artystów. Muzyka produkowana obecnie staje się tanim medium rozrywki, jest mniej ambitna i zobowiązująca, a muzycy topią przekaz w elektronicznych machinach, zwanych instrumentami. Sami w ten sposób niejednokrotnie ukazują, ile warta jest piosenka. Proste porównania: Tupac Shakur - 50 Cent (tutaj od razu znamy cenę towaru:), Czesław Niemen - Czesław Mozil, Pink Floyd - Linkin Park, The Beatless - Black Eyed Peas itd itd.** Wiadomo - można śpiewać o zaprzestaniu wojen, a można o cukierkach***, kto co woli. Wiadomym jest jednak, iż nie od razu Amerykę zbudowano...

Skąd wzięła się muzyka? Jaka jest jej geneza? Hmm... Zastanówmy się, jak możemy zdefiniować pojęcie muzyki. Powiesz mi dźwięki - powiem Ci kosiarka; stwierdzisz, że ludzkie dźwięki - ja stwierdzę rozmowa; określisz jako ludzkie dźwięki z muzyką - zapytam o techno. Tak w nieskończoność. Bo jak można pojęcie to określić, wiedząc iż dzieła Josepha Pujola były muzyką? Francuz ten nosił pseudonim Le Petomane ("Pierdziel"). Żył on na przełomie XIX i XX wieku, a tworzył wydając z siebie odgłosy pochodzące bynajmniej nie z ust... Na jego występach pojawiały się setki osób, włącznie z szanowanymi dygnitarzami, np. jednym z jego fanów był król Belgów Leopold II. Pujol był doprawdy wyjątkowym... twórcą., imitować potrafił artyleryjskie wystrzały, odgłosy wielkiego trzęsienia ziemi, a nawet... "Marsyliankę"****.

Dźwięk od zawsze był obecny w historii ludzkości. Żmudny proces tworzenia muzyki rozpoczął już Homo, a później kontynuował Neandertalczyk, by schedę po nich przejął człowiek współczesny. Istota ludzka wytwarzała dźwięki najprawdopodobniej próbując naśladować otaczającą ją przyrodę. Jednakże prawdziwe utwory tworzyć zaczęto dopiero w czasach, gdy powstawały kolejno osady protomiejskie i pierwsze miasta. Wtedy też można nawiązywać do pierwszych instrumentów a'la cytra, harfa bądź lira. "Biznes" rozkręcił się w starożytnej Grecji, gdzie mieszkańcy dzień dziennie słuchali muzyki, Igrzyska nie Igrzyska, święto nie święto - truwerów nie brakowało. Najpopularniejszym z nich był sam Homer*****, który nie napisał żadnego ze swych dzieł, lecz zrobili to jego uczniowie. Działo się tak, gdyż od urodzenia był on niewidomy, a całe swe życie przetrawił na podróże z pieśniami sławiącymi mitycznych bohaterów na ustach. Jego duchowym spadkobiercą stał się w Czasach Nowych Jan Sebastian Bach zmagający się całe życie z rosnącą ślepotą, w końcu całkowitą. Jeszcze bardziej zaawansowanym przypadkiem jest Ludwig van Be-ethoven, któremu nawet utrata słuchu nie przeszkodziła w napisaniu ostatniej - V Symfonii - przez wielu uważanej za najlepszą. Artysta ten odgrywał z pamięci dźwięki, a wsadzając linijkę do ust w czasie utworu potrafił poprzez odczuwane wibracje wiedzieć, co jest grane. Geniusz muzyki.

Dźwięki z epoki na epokę, z cywilizacji na cywilizację stawały się coraz bardziej muzyką, a głos starano się coraz bliżej akompaniować z instrumentami, zestawiać je razem i łączyć. Rozkwit gałęzi tej sztuki następował wraz z amelioracją architektoniczną, rzeźbiarską i malarską, co ukierunkowuje tok naszego myślenia na pierwsze epoki scentralizowane względem tych oto tematów - Renesans i Barok, rzecz jasna i oczywista. Wtedy to ludzkość uczyniła duży krok naprzód w kierunku obecnej muzyki. Następny przewrót brzmień nastąpił już w wieku XIX. i XX.., kiedy to początki swe miała muzyka rozrywkowa, której w ulepszonej (niestety nie zawsze...) wersji słuchamy nawet dzisiaj w utworach Rihanny, Madonny i wielu innych gwiazdeczek tworzących pastisz za pastiszem, pod wzór kilkuletnich przebojów.

Lubimy muzykę. Czasami skrycie wyrażamy jej miłość, czasami mamy jej dość. Jednak jakby na nią nie patrzec (słuchać?), to ma ona ogromny wpływ na życie nasze i nam bliskich. Kierujemy się słowami z piosenek, traktujemy je jako własne motta egzystencjalne, a nawet podporządkowujemy się socjalnie, jej wysokości Muzyce. Style odzieżowe typu punk czy metal mówią same za siebie. Ludzie czczący wręcz pewien gatunek muzyki oddają mu się i poświęcają, i "Nothing Else Matters"******. Są też artyści, którzy mimo rosnącej sławy potrafią dalej tworzyć utwory piękne, z przekazem, a przy okazji nie robiąc z siebie publicznych - subtelnie ujmując sprawę - abderytów. Idealnym tego przykładem jest choćby Farrokh Bulsara, znany pod pseudonimem Freddy Mercury. Tworzył on całe życie, a proces ten zakończył zaledwie dwa tygodnie przed oddaniem ostatniego oddechu. Ostatni utwór "The show must go on" dedykował reszcie swego zespołu, gdyż uważał, iż muszą grać dalej bez niego, nie mogą teraz już przestać. Jego wola nie została jednak wypełniona, jego przyjaciele stwierdzili, iż wszyscy razem albo nikt. I tak już zostało... Szkoda, że nie wszyscy biorą przykład z grupy Queen.


* Adam Mickiewicz - "Pan Tadeusz"
** Porównania dokonywałem według własnej subiektywnej oceny twórczości, ale i stylu prowadzenia artysty/artystów
*** 50 Cent - "Candy shop"
**** "Marsylianka" - hymn Francji, nazwa pochodzi od miejscowości Marsylii.
***** Homer (gr.) - Ślepy
****** "Nothing Else Matters" - Metallica

10 kwietnia 2011

Kraina modą i mlekiem płynąca...

Moda od zawsze była obecna w naszym życiu. Pojęcie to w sposób dosyć zniekształcony przez współczesne potrzeby jawi się nam jako styl ubioru preferowany przez większość osobników pewnej grupy wiekowej w określonym okresie czasu. Najczęściej są to oczywiście ludzie młodzi, którzy udoskonalaniu swego wizerunku poświęcają nieraz więcej czasu, aniżeli zajmuje czytanie tego (tak, TEGO) bloga. :) Ludzie starożytni i średniowiecza ubiorem wyrażali publicznie swoje pochodzenie, pozycję społeczną. Niewolnicy i chłopstwo zazwyczaj wdziewało przepaskę na swe spalone słońcem uda, okrywając genitalia bądź też zakładając potargane, zniszczone łachmany. Natomiast szlachta czy magnateria zawsze odziana w skórę, drogocenne tkaniny, napuszona paradowała przed tłumem. Okres ten trwał bardzo długi czas, aż zaczęto zwracać uwagę na (o zgrozo!) naszą higienę. Wtedy nastąpił okres "damowania i dżentelemenowania" na świecie. Aż do XX wieku, kiedy to ubranie zaczęło stanowić o osobowości i personalistycznych cechach człowieka, a nie tylko o pochodzeniu. Nie nastąpiło to na szczęście tak hop-siup, jak to napisałem. Dawno, dawno temu....

Konkretniej już precyzując w Czasach Nowożytnych, termin "moda" (patrząc z perspektywy wieków) nabrał całkowicie odmiennego znaczenia. Za osobę godnie i adekwatnie do okazji ubraną, zaczęto uważać nie tę, która włożyła na siebie schludne, bez większych szwanków ubranie, a osobnika który w swej garderobie posiadał szykowne, powszechne natenczas odzienie. I tak jest właściwie po dziś dzień. Czas ten, gdy moda zaczęła po tysiącach lat przygotowań puszczać pierwsze plony był doprawdy wyjątkowy. Wyjątkowy i jedyny w swoim rodzaju. Kobiety w długich, ręcznie haftowanych sukniach, z wachlarzami w jednej dłoni, parasolkami w drugiej i okrągłymi kapeluszami na głowach. Panowie w wysokich butach, okryci opończami, z melonikami zakrywającymi włosy. Wśród niektórych grup etnicznych Anglii bądź Francji, styl ten podtrzymywany jest do dzisiejszych czasów. Świadczy to o jego ponadczasowości i co by nie mówić - urodzie.

Pierwsza rewolucja odzieżowa nastąpiła dopiero w wieku XX., a stało się to za sprawą Gabrielle Bonheur Chanel, znaną pod pseudonimem Coco Chanel. Urodzona jeszcze w wieku XIX., przyszła projektantka w roku 1915 rozpoczęła produkcję damskich kreacji. Niemalże z dnia na dzień stała się znana i bogata. Jej kolekcje rozchodziły się jak ciepłe bułeczki w cztery strony świata i idąc za ciosem, na początku lat 20 tegoż samego wieku, wypuściła ona na ogólnodostępny rynek własną, zalegalizowaną markę perfum - Chanel No.5. Od tej pory znana była również dzięki zmysłowym zapachom. Po serii sukcesów odeszła na szesnaście lat od wszelkich biznesów, by nabrać świeżości umysłu. Gdy powróciła z nowymi ideami w 1954 roku, wszystkim jej entuzjastom "opadły szczeny". Coco doszła do wniosku, iż kobiece ciało jest piękne i trzeba je troszkę wyeksponować publicznej opinii. Jako pierwsza w historii zaproponowała wprowadzenie damskich żakietów bez kołnierzy, z dekoltem. Pomysł przyjął się na świecie dzięki jej autorytetowi, a ruch ten miał niebagatelne znaczenie w kwestii późniejszej mody. Niedługo po tych wydarzeniach Chanel zaprojektowała jeszcze odważniejszą cześć ubioru, a mianowicie "małą czarną". I nie było pragnę prowadzić tu dyskursu na temat napojów pobudzających do życia, a o krótkiej, czarnej spódniczce. Chociaż jakby na sprawę nie patrzeć, mógł ten ubiór pobudzać do życia. Szczególnie tych z Marsa...

Muszę przyznać, że w pewnym momencie Was okłamałem. Stało się. Przypominacie sobie fragment tekstu, w którym stwierdziłem, iż Coco Chanel jako pierwsza wprowadziła krótkie spódniczki? To nieprawda. Pierwsze pojawiły się w... Średniowieczu. Istniała tylko jedna różnica dzieląca te dwie materie - w czasach średnich używali ich mężczyźni w zestawie z prototypem obecnych leginsów. Zestaw ten miał na celu lepszy przewiew w upalne dni. A że nastąpiła odzieżowa wymiana płci, no cóż...

Jak i pięćset lat wcześniej nastąpił okres fascynacji ludzkim ciałem. W rok po zakończeniu II Wojny Światowej francuski projektant Louis Reard wykreował strój składający się z fig i części okalającej narządy rozrodcze, nazwany później bikini. Nie mógł on jednak znaleźć ani jednej modelki, która zgodziłaby się pokazać w tak obskurnym zestawieniu. Swoje dzieło więc zaprezentował po raz pierwszy na... prostytutce. Początkowo stroje wywołały niemały skandal i wszechobecną abominację, ukazując porażającą przewagę adwersarzy projektu nad jej sympatykami. Jednakże po przełamaniu pierwszych lodów  przez Coco Chanel, koncepcje Rearda zyskały popularność przychylniejszą aniżeli w czasie w swej premiery. W latach 60. bikini stało się hitem plaż w USA, a kobiety mogły nareszcie odłożyć wielkie, jednoczęściowe stroje kąpielowe, okrywające je nieprzerwanie od kolan po brodę (włącznie z plecami). Wiele osób nie mogło zaakceptować ówczesnej myśli ubioru i próbowało poprzez abolicję doprowadzić do restytucji mody. Coco zmarła w 1971 roku, a dominium nad firmą sprawuje obecnie Karl Lagerfeld.

Takie sytuacje się zdarzają, bo nic nie jest takie samo, jakie było pięć minut temu. "Nie wejdziesz dwa razy do tej samej rzeki"*. Kontynuując wątek, ulubieniec Romana Polańskiego - Joan Paul Gaultier. Francuz jest postacią kontrowersyjną, a w swych kolekcjach zamieszcza on mężczyzn w spódnicach i sukniach, usprawiedliwiając się faktem, iż w Szkocji przykładowo jest to widok codzienny. Trzeba jednak umieć odróżnić szacunek i przywiązanie do historii oraz kultury ojczyzny a personalistyczne gusta. W Polsce zjawisko to spotykane nie jest właściwie wcale, aczkolwiek na świecie zyskuje sobie coraz większe grono fanów. Coś w tym wszystkim jest. Wchodząc do sklepów odzieżowych ciężko nam bez informacji rozróżnić, dla której płci przeznaczone są dane "wdzianka". Nawet kolory nie są w stanie nas salwować, gdyż powróciła moda na eklektyzm barw lat 70. Wszędzie wszystko - do takich wniosków dochodzę oglądając (gdyż słuchać nie mogę) Lady Gagę ubraną w mięso na koncercie. Pozostaje jedynie pytanie - czy za pięćdziesiąt lat  mężczyźni będą dreptać po kopalniach w spódniczkach czy stąpać w spodniach?

* Herakles (540-480 r.p.n.e.)

2 kwietnia 2011

Między mieczem a "kałachem"*

Każdy z nas jest trochę próżny. Każdy wewnątrz chciałby osiągnąć wyznaczone punkty w swoim życiu, być kimś; najlepiej bez zbędnego nadwerężania swych prężnych muskułów. Najczęściej być kimś znanym i lubianym, przeżyć przygodę czy wygrać w Lotto. O ile być celebrytą sławnym z tego, że jest się sławnym i trafić „szóstkę” ciężko, to niecodzienne wydarzenia jawią się być niczym trudnym do wykonania. Przygody: smoki, księżniczki, kipiące splendorem krainy, bohaterscy rycerze, królowie – neguję własną wypowiedź? Hmm... A może przygody numer dwa: bracia broni, męska przyjaźń, karabin w dłoni, czołgi na froncie i opowieści przekazywane z pokolenia na pokolenie. Ta wizja wydaję mi się już znacznie bardziej realna. Przez monotonność i przyziemność bytu Kowalskiego, atrakcyjnym i ciekawym tematem wydaje się nawet wojna. Ja współczesnych żołdaków klasyfikuję w dwóch dosyć prozaicznych kategoriach: walczący z miłości do ojczyzny albo z miłości do przygód. Różnica między rycerzem a żołnierzem nie polega jednak jedynie na ewolucji rynsztunku wojennego w ludzkich rękach. Między słowami dużo łączy tych dwóch panów.

Niejednokrotnie w naszym życiu mamy okazję usłyszeć z ust szanowanych erudytów, iż rycerz miał klasę, honor, różnił się od dzisiejszych płatnych morderców, takim to terminem określając główną siłę militarną naszego państwa. Kluczowym argumentem jest dla nich kultura średniowieczna. W okresie dojrzałej i schyłkowej fazy czasów średnich każdy szanujący się szlachcic zobowiązany był do "wierszoklectwa" na cześć kobiet i - rzecz jasna - miał obowiązek zachowywać się w jak najbardziej adekwatny i romantyczny sposób względem nich. Gros współczesnych "przykazań" książek savoir-vivre** pochodzi z tego właśnie okresu, lecz w mojej opinii była to jedynie przykrywka krwawych i brutalnych czynów, jakich w ówczesnych czasach się dopuszczano. Odcięte członki na ulicach były widywane częściej aniżeli chleb na stole. Jakby to nie wystarczało - często porusza się kwestie sprawiedliwych średniowiecznych walk. Istnieje spore grono osób broniących opinii, że średniowieczni nigdy nie dopuściliby się w walce takich form siły, jakie w użytku są obecnie, ludzie ci są zdania iż rycerze przestrzegali odgórnych zasad. 

Rok 1915, miejscowość Ypres, starcie wojsk alianckich z Niemcami – po raz pierwszy użyty zostaje środek chemiczny w historii wojen świata. W roku 1925 podpisany zostaje Protokół Genewski zakazujący używania broni biologicznej i chemicznej, uważając tę opcję bitewną za nieludzką i niedopuszczalną. Kiedyś za dyshonor traktowano nawet używanie w starciach kuszy (a następnie zabroniono stosowania jej na Soborze Laterańskim w 1139 roku). Czasy się zmieniają, a nasze chore ambicje nie pozwalają zaprzestać nam nowatorskich procederów tak „o”, z dnia na dzień . Co za tym idzie – ani nie zakończono stosować kusz w rozstrzyganiu sporów, ani nie zrezygnowano z gazów w konfliktach XX. wieku z II Wojną Światową na czele. Ale czy aby na pewno tak przedstawia się pierwsze użycie gazu w trakcie stanu wojny? Otóż nie. Gaz bojowy użyty został po raz pierwszy w roku… 1241 w bitwie pod Legnicą. W starciu tym (przegranym dla Polski i sojuszników) Mongołowie wykorzystali siarkowodór, który udało im się utworzyć około 200 lat wcześniej. Pomimo większych sił (5000 Mongołów przeciwko armii 8000 zjednoczonych rycerzy Polskich) - przegraliśmy. Nie wydaje mi się, ażeby w tej kwestii cokolwiek dzieliło ówczesnego i współczesnego wojaka. 

Jednakże zawsze jest druga strona medalu, w tym wypadku również. W czasach rozkwitu Kościoła na świecie, to jest w średniowieczu, na potężną skalę namnożyło się rycerzy walczących za swą wiarę. Jedni chcieli otrzymać wieczne zbawienie, inni wykorzystywali pretekst chrystianizacji w celu otrzymania możliwości ekspansji na coraz większe posiadłości ziemskie. Najbardziej znanym przypadkiem walki o wiarę są wyprawy krzyżowe, w których zbrojnie i krwawo, nie zawsze skutecznie, aczkolwiek dokonywano prób nawracania wyznawców innych bóstw na chrześcijaństwo. Jeżeli mowa o tzw. "pasożytach kościelnych" to przykładem idealnym jest chociażby Zakon Szpitala Najświętszej Marii Panny Domu Niemieckiego, który w sprytny sposób zagarnął w krótkim czasie znaczną cześć naszego terytorium, nie próbując nawet przekazywać tamtejszej ludności prawd i dogmatów swej wiary.

W czasie wieków zmieniły się natomiast pobudki do prowadzenia walk na świecie. Na Bliskim Wschodzie od czasów Starożytności obowiązuje zasada talionu (znane "Oculum pro oculo, dentem pro dente"***). Za zabicie obywatela, morderca ponosi równoważną karę. Za uderzenie ojca przez syna, potomek ten traci dłoń etc. Nie ma miejsca na żadnego rodzaju abolicjonizm, rzeczywistość jest znacznie bardziej szara niż ta nasza, polska. W krajach tych nigdy nie orgaznizowano napadów czy innych mordobić ze względu na strach przed wymiarem sprawiedliwości. Czasami mam wrażenie, że to byłby jedyny paragraf w polskim prawie, który mógłby coś zdziałać, zapobiec. A co spotkało nas w XX. wieku? Około 72 miliony wymuszonych przez człowieka zgonów wskutek choroby psychicznej jednej osoby, a mianowicie Adolfa Hitlera - osoby względem której wszelkie formy abominacji osiągnęły już dawno temu apogeum. W wojnie tej chodziło o jak największą ilość ofiar, o sztuczne wywołanie rasowego "katharsis". W przeciwieństwie do średniowiecznych rycerzy Kościoła, Hitler był wrogiem wiary, wielokrotnie głosił: "wiarę w Boga powinno się tracić tak jak pierwsze zęby". W ogóle swego rodzaju paranoją jest fakt, iż niski brunet przekonał setki tysięcy Niemców do tego, iż wzorem wyglądu człowieka jest wysoki blondyn z niebieskimi oczami (rasa nordycka). Mało? Kto nie słyszał o obozach koncentracyjnych, których budowa rozpoczęła się już w latach 30. XX. wieku na terenie Niemiec (pierwszy w Dachau), gdzie umieszczano wszelkich nihilistów prawnych? W okresie II Wojny Światowej przeobraziły się one w główne narzędzie do eksterminacji Żydów - Auschwitz, Majdanek, Stutthof i wiele innych. Do czego dążę? Zajrzałem do drzewa genealogicznego rodziny Hitler i dowiedziałem się, że dziadek Adolfa był żydem, do czego przyszły dyktator nigdy się nie przyznawał i z cyzelatorską dokładnością niszczył wszelkie dokumenty na to wskazujące.

Żołnierz - rycerz, rycerz - żołnierz. Rycerskie maniery i żołnierska postawa. Podział tych dwóch jednostek nie powinien polegać na uzbrojeniu, a jedynie na ludzkim usposobieniu. Każdy medal ma dwie strony, a nikt nie jest idealny, tym bardziej cała społeczność. Rycerz jest jednak znacznie zacniejszą personą. Walczy on o honor swój jak i damy, broni swej wiary, nie robi z siebie klauna ani błazna, potrafi opanować swe wewnętrzne potrzeby dla dobra wyższego. Żołnierz natomiast jest zwykłym żołdakiem, jedzie na poligon, walczy i kończy po kilkunastu latach swą pracę otrzymując wynagrodzenie. Podsumowując, rycerzem można być i w dzisiejszych czasach, nie tylko zaciągając się do służby wojskowej. Na miano to trzeba pracować długi czas i nietrudną sztuką jest splamić swe dobre imię. Na nieszczęście w wielu wypadkach rycerz okazywał się być przeciętnym, słabym żołnierzem. Pozostaje jedynie nadzieja, że nasza armia składa się jednak z ludzi z sercami przepełnionymi rycerskością, nie dezyderią przygód. Zresztą nie tylko armia...

* Między mieczem a "kałachem" - aluzja do znanego przysłowia: "Między młotem a kowadłem";
** savoir-vivre (fr.) – jak żyć;
*** Oculum pro oculo, dentem pro dente - oko za oko, ząb za ząb.