19 marca 2011

Mały książę

Stanowiący zagadkę niemalże od zarania dziejów, jednocześnie towarzyszący bytowaniu naszych przodków od dnia narodzin aż do tej ostatniej chwili. Jedni przypisywali mu różnego rodzaju bóstwa, inni - składali hołd i cześć kreując niestworzone historie na jego temat. Dodatkowo od 10.000 r. p.n.e. człowiek stale trwał na terenie przypominającym jego widoczny z perspektywy Ziemi obraz w fazie sierpa. W dzisiejszych czasach istnieje międzynarodowy ruch zrzeszający rocznie około 97 milionów wolontariuszy z całego świata, a w jego nazwie widnieje człon o tejże samej tematyce, co wcześniej już wspomniana. Mam na myśli rzecz jasna i oczywista - księżyc. Zarówno w obecnej, jak i niegdysiejszej subkulturze stanowił on zawsze atrakcyjny, choć i abstrakcyjny temat do rozważań wśród ówczesnych mędrców, szamanów (:)) czy też filozofów.

Do czasów nam trochę bliższych zarówno sercem, jak i datą były to jednak czcze - i niejednokrotnie - całkowicie nielogiczne wytłumaczenia jego genezy, miejsca we wszechświecie i nie tylko.Tym razem w głowie mej huczy hasło: Renesans oraz odkrycia, przede wszystkim polskiego astronoma Mikołaja Kopernika. Według obliczeń Chronosa renesans zakończył się około 1520 roku, a ludzką dezyderią nadal pozostawało pełne poznanie tajemnego Srebrnego Globu. Dzisiaj wiemy o nim niemal wszystko. Jednakże wracając do tematu przewodniego - apogeum całej sytuacji odkrywczej księżyca nastąpiło w roku 1969, kiedy to Neil Armstrong miał sposobność wypowiedzieć słowa: "One small step for man...one giant leap for mankind"*, stąpając po twardym gruncie ponad 380 000 km od Ziemi.

W kontekście tym nie wolno jednak zapomnieć o panującej od zakończenia II Wojny Światowej  do roku 1990 "Zimnej Wojnie". To obywatelom kontynentu odkrytego przez Europejczyków w 1492 r (a wcześniej już przez Fenicjan i Chińczyków - wbrew ogólnej opinii, że to Krzysztof Kolumb był pierwszy) udało się pierwszym dostąpić zaszczytu wkroczenia w nieznane, acz nie tylko oni wylali hektolitry potu i przetrwonili miliardy dolarów, by dokonać tego czynu. W atmosferze niezdrowej konkurencji pokusić się o to próbował również Związek Radziecki., pragnący ukazać całemu  Zachodowi, iż jest to kraj najlepszy z najlepszych, "Miodem i mlekiem płynący". Niepowodzenie to stało się jednym z czynników buntów i strajków w krajach, które ZSRR obejmowało jurysdykcją. Również i ta cześć Europy mogła uświadomić sobie, iż nie jest to kraj za który warto żyć i umierać ze słowami hymnu autorstwa Siergieja Michałkowa i Gabriela El-Registana na ustach. 

Ni mniej, ni więcej  - jaki był powód całej tej "księżycowej" zawieruchy? Jak nietrudno się domyślić - ludzka zgubna ciekawość. Do dnia 20. lipca 1969 roku księżyc przywodził na myśl nieomal biblijną wizję "Ziemi obiecanej", a każdy miał teorii na jego temat więcej aniżeli włosów na głowie. Naturalnie - przesadzam, aczkolwiek pragnę jak najlepiej oddać atmosferę panującą przed wkroczeniem Armstronga na punkt główny opisywanego przeze mnie tematu. Młodzież wielce zafascynowana wydarzeniem tym, starała się na bieżąco śledzić wszystkie wydarzenia; osoby starsze nie mogły uwierzyć w to, co dokonuje się "teraz", na ich oczach. Całość przypominała jakąś futurystyczną bujdę.

Ziemia zdążyła zaledwie kilka razy obiec Słońce w swej orbicie, a fascynacja w tym czasie księżycem opadła. Współcześnie na wzór misji statku powietrznego Apollo 11 organizowane są regularnie, nikt jednak nie dba już o to, stały się niczym chleb powszedni. Bo teraz księżyc to za mało. Ciekawość świata jest, była i będzie piętą Achillesa naszego gatunku. NASA** robi, co może, by zorganizować kolejne loty eksploracyjne, m.in. na Marsa. W Kosmos wysłana została już niezliczona liczba wiadomości na ewentualność, gdyby gdzieś istniała jakaś cywilizacja. Nawet liczba π (/pi/) wyleciała w przestrzeń kosmiczną! Co nie zmienia faktu, że zbyt dużo niewiadomych w tej wizji, a zbyt mało zachowawczych środków bezpieczeństwa. Bo przypuśćmy... Co jeżeli "źle" trafimy"? Źle trafimy i skończy się nie tylko sen o wspólnych cywilizacjach, ale i w tym wypadku likwidacji ulegną istoty śniące? Ledwie radzimy sobie z własnym terenem, a szukamy obcego. Większość z nas boi się końca świata (głównie wynika to z przekonań religijnych), a jednak dążymy do niego na wszystkich możliwych frontach - nie tylko w kosmosie. Może by tak wpierw ogarnąć własne podwórko, a dopiero później brać się za "światowe podboje"? Jako końcowy przykład podam II Wojnę Światową i Hitlera, który miał ogromne szanse opanować całą Europę -  zaczął walczyć we wszystkich kierunkach geograficznych naraz, zamiast zająć się pojedynczo każdym celem, wiemy, jak - na szczęście - się to skończyło. Historia powinna nas uczyć, żebyśmy nie popełniali tych samych błędów, a nie szli w zaparte...

*"Jeden mały krok dla człowieka... Jeden wielki skok dla ludzkości."
** National Aeronautics and Space Administration - Stowarzyszenie Astronautów i Administracja Przestrzeni.



0 komentarze:

Prześlij komentarz